version 2

    Brak komentarzy

    Dwa razy musiałem wysyłać sobie nowe hasło, bo na zajebistej stronie logowania trzeba wpisywać, nie można wklejać hasła. Nic, że mam hasła po trzydzieści znaków: duże, małe litery, cyfry i znaki specjalne. Ale ok, wreszcie się udało. Ostatni raz na tym zasyfiałym portalu!

    Jak pisałem wcześniej przeniosłem się, bo nienawidzę jak mi się coś wmusza i nie daje wyboru. Tak więc serdeczny chuj ci w dupę nowy blogu.pl, śmierdzisz. Od teraz można mnie znaleźć tu:
    http://rof2.blogspot.com

    Mobilizacja.

    Brak komentarzy
    Mobilizuję się rozpoczęła. Czas sięgnąć gwiazd. Bynajmniej nie powoli, a z kopyta.
    Pracuję nad nową wersja bloga. Prawdopodobnie nie tu – przenoszę się. Nienawidzę, gdy coś mi się narzuca (w dodatku coś tak chujowego jak nowa wersja blog.pl).
    Wreszcie mam czas.

    Mobilizuję się rozpoczęła. Czas sięgnąć gwiazd. Bynajmniej nie powoli, a z kopyta.
    Pracuję nad nową wersja bloga. Prawdopodobnie nie tu – przenoszę się. Nienawidzę, gdy coś mi się narzuca (w dodatku coś tak chujowego jak nowa wersja blog.pl).
    Wreszcie mam czas.

    Ja pierdolę

    Brak komentarzy

    Chciałem wczoraj napisać, przelać życiowe rozterki na ten kod zero jedynkowy. I co? Gówno. Nowy silnik blog.pl ssie pałkę nawet bardziej niż poprzedni. Nie mogę zalogować się z Firefoxa, muszę używać gównianego Chrome.
    Do tego, przy przyniesieniu, tępę chuje nic nie mówią, skasowały wszystkie linki i ich kategorie, które miałem. Tak więc nie mam żadnych obecnie, nigdzie zapamiętanych czy coś. Ekstra, widać, że pełna profeska. A warto przypomnieć, że ja jeszcze jestem z ludzi, którzy za założenie bloga zapłacili.
    Pomijam już wygląd, bo szablon jak jest chujowy każdy widzi. Za to co się dzieje w adminowni, o panie. Mnóstwo kurwa opcji nie potrzebnych, jakiś powiązań i chuj wie jeszcze czego. Kurwa czy to tak trudno zrozumieć, że nie każdy ma potrzebę bycia „blogerem z salonów”. Jakbym chciał być „celebrytą”, to nagrałbym jakiś durny filmik i wjebał go na yt, podbił oglądalność, albo tylko gadał coś, co jest kontrowersyjne. Ale ja chcę tylko pisać co we mnie.
    W dupie ma mnie blog.pl, ja również mam go w dupie. Szukam innego miejsca. Tu jest zbyt chujowo. No chyba, że znajdę normalny szablon.

    Miałem odpocząć. Trudno jest odpocząć w „domu”. Nie wiem czy kiedykolwiek znajdę coś takiego co będę mógł nazwać tak bez cudzysłowów. Choć jeszcze w to wierzę.
    Nic nie jest również tak jak miało być. W kilka dni porażki na liniach, na których nam zależało najbardziej. I jasne, że na tą nie miałaś wpływu, ale na resztę już tak. Lecz nie poczuwasz się do winy; do tego, że coś zrobiłaś źle. A ja nic nie mówię, bo przecież będzie, że albo znów coś wyciągam albo atakuję albo chuj wie co jeszcze. Więc się nie odzywam, bo i po co.
    A Ty czytasz to już tyle lat i nic nie robisz, mimo, że jak na tacy masz podane co mnie boli. No cóż.
    Z dnia na dzień coraz bardziej przestaję wierzyć, że coś się zmieni.
    Tyle razy mówiłem, że liczą się dla mnie czyny, nie słowa. A każdy ma to w dupie – dużo mówi, mało robi. Kogoś trochę poznanego łatwo mi skreślić, wręcz nie sprawia mi to żadnego problemu. Ale względem kogoś bliskiego trudno jest stosować tą metodę.
     
    Myślisz, że mnie znasz, że wiesz jak wyglądasz w moich oczach. A wcale nie znasz. Dobitnie to pokazałaś. Ba, w ogóle nie zrozumiałaś co napisałem. Chciałem porozmawiać – potrzebuję rozmowy. Ale moja potrzeba została sprowadzona (nie mam pojęcia w jaki sposób) do rzeczy, których w ogóle nie miałem na myśli.
     
    Wyciągnąłem rękę. Kolejny raz. Cóż dostałem w zamian? Lekką obietnicę, że może coś tam kiedyś. Tak więc tak.

    Chyba pierwszy raz od dawna cieszę się, że czas leci do przodu. I chyba nawet chciałbym by zapierdalał jeszcze szybciej. Niech stanie za rok, ja otworzę oczy i zobaczę w co tym razem się wpierdoliłem.

    Spokojnie, ustoję. Dam radę, jak zawsze. Sam.
    I bynajmniej nie jest to użalanie nad sobą. Raczej stwierdzenie faktu. Dla nie których to byłby powód dumy, dla innych powód do smutku. Ja chyba jestem pośrodku, wali mnie to. Tak po prostu.
    Człowiek zdążył się przyzwyczaić, że jeśli ktoś się pojawia, to po jakimś czasie ma jakieś roszczenia do chuj wie czego. Tym bardziej chuj go wie skąd to sobie wziął. A i tak na końcu jest, że to ja jestem ten zły i niedobry (do czego również się zdążyłem przyzwyczaić).
    Jeśli jednak ja czegoś chcę to uuuu, najczęściej jest ściana. Być może i sobie czasem zasłużę, nie jestem bez winy. Ale nie u wszystkich.

    I siedzę tak i czekam na wrzesień.

    Przyszedł do mnie złodziej. Nigdy nie miałem do czynienia z osobą tego pokroju, więc nie wiedziałem jak się mam zachować. Wiedziałem, że to osoba bez honoru, ale nic po za tym. Nie dane mi się jednak przekonać, ponieważ złodziej, a uściślając złodziejka nawet nie powiedziała mi „cześć”, choć wiedziała, że jestem w domu. Jeśli dodamy fakt, że kontaktowała się ze mną przez kogoś trzeciego to jak bardzo żenujący jej obraz się rysuje chyba każdy widzi.
    Nie, nie zależy mi by się odezwała. Sam fakt, że się mnie boi bawi mnie setnie. Nigdy bym nie przypuszczał, że ktoś, kto uważa się za inteligentną (ha, ha) osobę i w dodatku dorosłą tak się będzie zachowywać. Unikanie jak ognia, podjazdy, byle tylko nie stanąć oko w oko. Wychowano mnie tak, że jak się coś pożycza to się to oddaje. Widać ją wychowano inaczej.
    To jedna z atrakcji jakie przyniósł mijający tydzień. Ominę mało ważne zdanie (prawie, z serdecznym chujem w dupę kretynowi od geografii) sesji. Ominę również fakt, że choroba chciała mnie rozłożyć, ale się nie dałem. Płynę, coraz bardziej płynę. Na coraz mniejszej liczbie rzeczy mi nie zależy, nie chce mi się. Nauczyłem się czegoś od Ciebie, widzisz?
    Najpierw słyszę, że mam być taki jak jestem, naturalny a potem słyszę, że nie podoba się to czy to. Trochę głupieję – bo jak w końcu kurwa? Mam być taki jak zawsze czy jednak inny. I nic to, że mówiłem, że tak to się skończy, że nie będzie Ci się podobać jaki jestem na co dzień. Ale co ja tam się znam. Ty przecież zawsze wiesz lepiej.
    Mówisz, że lubisz wszystko, ja w to i tak nie wierzę. I ja tak górnolotnych zdań nie wypowiadam. Życie uczy, że nie ma takich osób, w których wszystko by pasowało. Często uśmiecham się, albo puszczam mimo uszu jakieś głupoty. Wolę się nie odzywać, bo to i tak nie ma sensu. Albo zostanę zasypany gradem słów z zerową ilością argumentów albo obrazisz się na cały świat. Przecież Ty wszystko wiesz lepiej.
    Mnie się nie chce tłumaczyć, wszystko powiedziałem. Choć ostatnio wypsło mi się coś czego nigdy nie mówiłem. I co z tego, skoro skończyło się tak jak zawsze. Nie było tematu, nie było do niego powrotu, nie było choćby jednego, pierdolonego pytania.
    Ale i tak dziwisz się, że niczego nie mówię.

    Siedzimy zamknięci w swoich domach, pokojach, ukojeni muzyką, która zagłusza te nieprzyjemne myśli. Ktoś siedzi we Wrocławiu, ma widok na mosty, które łączą jedne brzeg z drugim. Ktoś inny skąpany w ciszy i zieleni oddycha po dniu wyścigu w stolicy. A jeszcze ktoś inny w centrum blokowiska cieszy się nocą. Nie znamy się i nigdy się nie poznamy. Nie mogę powiedzieć nawet, że łączy nas muzyka, nie. Ale łączy nas chęć do oderwania się od rzeczywistości albo po prostu najzwyklejsza potrzeba relaksu przy dźwiękach jakie nas koją. Zastanawiam się co u was, jak żyjecie, czym się jaracie i co was boli. Możesz być tylko awatarem na lascie, albo nickiem, którego jakby znam, bo od kilku lat wymieniam z nim poglądy na forum. Wszędzie tam kryje się ktoś, kto jest inny od nas. Może mieszkać w małej mieścinie zabitej dechami, albo na obrzeżach dużego miasta. Może znajdować się w dużym domu z patio a może pisać z betonowych ścian wielkiego mrowiska. Może mieć naście lat a może mieć już ćwierć wieku. Może być szczęśliwie zakochany nie wiedząc nawet, że jego panna dupczy się z innym a może być szczęśliwym samotnikiem. Tysiące kombinacji, które nas różnią tracą sens w momencie gdy siadamy i słuchamy muzyki.
    Nie mam pojęcia czy ktoś tak jeszcze ma; że siedzi i zastanawia się jak wygląda życie kogoś obcego, z kim nawet nie gadał dłużej niż godzinę. Ot kilka wymian wiadomości na lascie i koniec. Sam nie wiem skąd mi się to bierze, ale jest to czasem na tyle silne, że łapię się na zawieszeniu się kilkuminutowym nad tym zagadnieniem.
    Podobnie mam oglądając teledyski do elektronicznych kawałków z lat 90-tych. Standardowy clip, w którym laska ucieka niewiadomo przed czym, miasto miga przed oczami. Nieznane miejscówki, zaułki, bramy, podwórka czy ulice, które wyglądają tak bardzo obco a jednocześnie tak ciekawie. I nie umiem powstrzymać myśli od tego jak wyglądają teraz. Ale jeszcze silniej zastanawiam się co z tą dziewczyną, która biegnie: czy żyje, a jeśli tak to czy jest szczęśliwa, czy zrobiła karierę, może już ma męża… A może nie żyje, bo zginęła w wypadku samochodowym uderzając w filar mostu, gdy wracała z planu innego klipu do ukochanego.
    Setki scenariuszy, tysiące kombinacji a mój mózg nieustannie mieli informacje, stwarza hipotezy, układa historie. Nie wiem ile razy były to tylko jego bajania a ile razy miał rację. I chyba to jest właśnie fajne, że tego nie wiem. Mimo tego, że czasem tak bardzo chciałbym wiedzieć gdzie dokładnie był kręcony ten klip, czy ulica na której dzieje się on nadal wygląda tak jak w nim, czy laska, która się do mnie uśmiecha z ekranu jest szczęśliwa…

    Chciałbym gdzieś wyjechać. Chłonąć atmosferę innych kultur, obyczajów, zachowań. Patrzeć i uśmiechać się jak inne to jest niż u nas. Chciałbym zobaczyć jak można żyć bez wszechobecnej informacji o tym co dzieje się na świecie. Jak można wytrzymać bez muzycznych czy filmowych nowinek. I tak, wiem, że mógłbym z łatwością zrobić to w Polsce, ale na to przyjdzie czas. Bo uważam, że do zwiedzania ojczyzny trzeba dorosnąć, bo to nie jest tylko sama radość, zwłaszcza na wsi. A ja za młody jestem na zadumę nad losem własnej ojczyzny i współmieszkańców. Choć może po prostu na razie mam to w dupie i mam wystarczająco swoich rzeczy na głowie.
    W każdym bądź razie zjechanie jakiegoś kraju samochodem (bo nie jest się uzależnionym od kaprysów lokalnych środków transportu) to obecnie jakieś marzenie. Tylko nie wiem sam czy chciałbym udać się w taką podróż sam, z jakimiś cyckami czy z paczką. Ale przecież to nie ważne, bo i tak wszystko wyklarowało by się na spontanie.
    Chciałbym na początku pojechać do kraju, który nie jest wybierany często przez turystów, którego ofert raczej nie znajdzie się w katalogu popularnych biur podróży. Azerbejdżan mi się marzy, zwłaszcza, że trochę cywilizacji wpadło przy okazji tej śmiesznej Eurowizji. I wiem, że łamane są tam prawa człowieka, a naród trzymany jest krótko za mordę. Ale co z tego, jak patrzę na zdjęcia to chcę tam być. Wszystko jedno czy w mieście czy gdzieś na otwartej przestrzeni. Po prostu oglądam i chłonę to wszystko jak gąbka, widzę się na tych ulicach, chłodno mi, zamykam oczy i obracam się na pięcie robiąc kółko i wypuszczając dym papierosa z ust…
    I jedzenia chciałbym popróbować. Ale takiego w jakiś knajpach lokalnych, nie eleganckich restauracjach ale miejscach gdzie miejscowi chodzą. Bo o piciu lokalnych trunków chyba nie muszę wspominać.
    Kurwa jak chciałbym tam być…

    I miałem sobie w spokoju pograć, niczym nieskrępowany, bo dziś mieszkanie wolne całkiem jest. A skończyło się na tym, że myśli me skaczą z tematu na temat. I zatrzymały się teraz na całkiem nieprzyjemnym – bo co będzie jak już skończę studiować. Trzeba będzie znaleźć pracę, ale kto mnie przyjmie? Gdzie znajdę pracę? Czy w ogóle się do tego nadaję? A może wyjadę stąd, bo nie sądzę, żeby praca za 1500 złotych w jakikolwiek sposób mi starczała. I to nie chodzi o wybujałe ambicje, ale wiem ile kosztują mieszkania, jedzenie i rzeczy do życia potrzebne jak ciuchy czy chemia. Tu nawet miejsca na rozrywki nie ma.
    Czy jak wyjadę będzie mi łatwiej? Czy dam sobie radę, dogadam się, znajdę pracę, zaaklimatyzuję się? Tyle wątpliwości a przecież całkiem daleko jeszcze do tego. A ja już myślę…
    Nie przeczę, boję się tego momentu kurewsko, gdy przed nazwiskiem będę mógł sobie pierdolnąć mgr na wizytówce.

    Tyle takich dziwnych myśli we mnie a ja nie mam komu ich opowiadać, bo nigdy ich nie ma jak ktoś odpowiedni jest obok.

    Za chwilę pyknie data, która ważniejsza jest choćby dla mojej mamy niż dla mnie. Osiągnę ileś tam lat i to takie wow. No nie dla mnie. Zainicjowane zmiany wchodzą w decydującą fazę. Zebranie się do nich zajęło mi trochę czasu, fakt, ale teraz już jest z górki. Nie żeby łatwo, ale przynajmniej ich nie zatrzymam.
    Zostałem sam w całkiem dużym domu. Znaczy jest P., ale ona jak leniwiec rzadko wynurza się ze swojego pokoju. Ale śpię sam, jem sam, jestem sam. Tak całkowicie i dosadnie, a nie tylko „astralnie”. I nie powiem czy jest fajnie czy nie, bo jeszcze sam tego nie wiem. Choć podoba mi się ta cisza w około jak P. też nie ma.
    Wszystko powinno teraz ułożyć się, ja uśmiechać się do słońca a życie będzie jak w jakiejś durnej, polskiej komedii wyprodukowanej przez tvn. No ale nie będzie, bo znam to życie i znam siebie. Zamiast odpocząć, dać sobie czas dla siebie, wszystko sobie komplikuje. Taka znaczna wada (kolejna) samego mnie.
    Mam tyle planów a jeszcze więcej czasu na ich realizację. I czuję, że jeszcze do mnie nie dotarło na jak ważnych rozstajach dróg mojego życia stanąłem. A może dobrze to wiem, tylko nie reaguję jak „dorosły”, bo wcale nie chcę jeszcze udawać, że interesuje mnie nie wiadomo jakie zobowiązanie. Nie czuję się stary, więc nie mam potrzeby wiązać kogoś do siebie, by nie zestarzeć się w samotności.
    Zresztą wiązać się dla samego wiązania jest bez sensu. Chce pasji, błysku w oku czy bezgranicznego zaufania. I tak dobrze zdaję sobie sprawę jak niełatwe to jest ze mną.
    Ludzie, których znałem, a nie zawsze już pamiętam ich imiona, są już zaobrączkowani albo po ślubie, niektórzy mają dzieciaki a nie którzy mają je bez dwóch pierwszych opcji. Patrzę na nich z politowaniem i zastanawiam się jak bardzo trzeba mieć beznadziejne życie, by kilka lat po osiągnięciu pełnoletniości zakładać „rodzinę”. Nie widzę w tym sensu, bo wydaje mi się, że powinna ona być budowana na mocnych fundamentach. A tak dobrze wiem, że niektóre osoby się nie zmieniają, nie w tych rzeczach.
    Mam zwierzątko – królika (cholernie do mnie pasuje, prawda). I wiem ile z nim potrafi być irytacji czy uśmiechu. Cały czas marzę by dołączył do niego rasowy doberman, ale spokojnie, nie spieszy się. Jednak chodzi mi o to, że mam tą swoją bestię i nie mam potrzeby posiadania bestii, która w połowie będzie taka jak ja. Nie żebym uważał, że będzie straszna, to nie to. Również to nie to, że jakby już teraz zdarzyło się, że junior by się pojawił to bym się załamał. Jestem nie do końca normalny, ale tyle odpowiedzialności to mam. No i kurna, klocki Lego!
    Chyba coś się u mnie zmienia, bo zamiast żałować tego, że czegoś nie zrobiłem, cieszę się z tego. I chuj z tym, że to zupełnie inne rzeczy – ważne, że zmieniony pas. Kurwa, autentycznie zaczynam się cieszyć z nie zrobionych rzeczy! To dla mnie tak wielki krok do przodu – zamiast rozpamiętywać przeszłość pod względem tego co mogłem zrobić lepiej albo jak się zachować inaczej, cieszę się z tego, że nie zrobiłem tego czy tamtego.
    Co nie znaczy oczywiście, że pogodziłem się z przeszłością. O co to, to nie. Nadal pamiętam i będę pamiętać tych, którzy coś zawinili kiedyś. I mam nadzieję, że karma da mi szansę bym się zemścił. Ale nie dążę do tego sam.
    I wiesz co? Chyba powinienem być bardziej zadowolony z siebie i tego co mam. Tak, to będzie nowy cel. O.

    Wstałem i poczułem nagłą potrzebę mieszkania w jakimś dużym mieście. Taki, gdzie mógłbym wybierać z dziesięciu imprez kulturalnych dziennie. Gdzie nie ma jednego miejsca, w którym takie miejsca się znajdują, ale jest ich kilka. Gdzie nie ma tylko dyskotek, ale są i kluby. Gdzie można iść zjeść coś więcej niż maca, sushi czy Sphinxa.
    Zatęskniłem za wielką aglomeracją, gdzie coś się dzieje, a nie jest wieczna stagnacja i nuda. Mimo, że rzekomo żyję w mieście studenckim to pod tym względem jest całkiem słabo. Nie żeby mnie jarały jakieś wystawy obrazów czy wernisaże jakiś artystów. Ale tu się dzieje dużo, ale w praktyce nic co by mogło mnie zaciekawić, a wyboru nie mam tu praktycznie żadnego.
    Napisałem to wczoraj; impuls i jakoś poszło. A dziś? Dziś czuję się tak bardzo zmęczony, że nie mam siły nawet się spakować. Jednocześnie mam na wszystko wyjebane i wszystko mnie wkurwia. Chcę odpocząć a nie mam miejsca, gdzie mógłbym to zrobić. Nie robię nic, a gonię każdą sekundę, a ona przecieka mi przez palce. Jestem tak bardzo samotny.

    Głębia.

    Brak komentarzy

    Jak wiadomo od dawna świat zapierdala i na nikogo nie czeka, na nikogo się nie odwraca i nie klepie po plecach mówiąc, że będzie dobrze. Ostatnio cały czas go gonię, a właściwie to on już zaczyna gonić mnie, bo to teraz ja jestem szybszy. Do tego zaczyna gubić się w moich zamiar i totalnie nie wie co planuję czy czego chcę. Miło być w tej pozycji względem świata.
    Nie uczę się na błędach, to pewne. Choć może inaczej – uczę się na niektórych. Bo są takie, które były błędem, ale nie do końca z mojej winy lub wcale ich nie uważam za błąd (mimo opinii wszystkich wokoło).
    Patrzę ostatnio na to wszystko jakby z większym dystansem. Nie mam potrzeby tłumaczenia swoich decyzji czy nawet informowania osób „postronnych” o swoich poczynaniach. Spokojnie i po cichu, małe kroczki robię do przodu. Najwyżej kolejny raz się sparzę. Jednak nie bardzo się tym przejmując czy bojąc dalej w to wpadam. Głębia jest niepojęta, zwłaszcza taka.
    Bardziej obawiam się, że głębia może nie spełnić moich oczekiwań – że nie będzie tym czego szukam. Tak, daje poczucie spokoju i jest to wspaniałe czuć go po takim czasie, ale co dalej? Przecież samym spokojem żyć nie mogę. Mimo to obecnie ciągnę z niej multum energii, pozwala mi się wyciszyć. Znów mam nerwy na wodzy i tak bardzo wyjebane na większość rzeczy. A nawet jak nie to przynajmniej mam siłę się z tym kryć. Bo przecież nie każdy musi o tym wiedzieć, że na tym czy na tamtym mi zależy.
    Nieśmiało nawet się uśmiecham do swoich myśli. Nie przeszkadza mi to w chłodnej kalkulacji, o nie. To ja jestem mistrzem tego rozdania, więc nic mnie nie zaskoczy. I tak, siedli do tej rozgrywki ludzie, którzy nie do końca wiedzą, że w niej biorą udział. Jedni nieświadomie inni świadomie. Są tacy, którzy zostali w nią wciągnięci przypadkiem a są tacy, którzy sami się pchali. Tak czy siak, nie są moim problemem. Ja mam swoje i z nimi ostatecznie się mierzę.

    Nie umiem powiedzieć co będzie jutro, więc nie pytaj mnie o to proszę. Nie wiem też czy będę się uśmiechać, czy Ty będziesz.

    Odnajduję przyjemność w robieniu mały rzeczy, wręcz pierdołach. Posprzątanie pokoju czy kuchni daje mi satysfakcje jak u starej panny – bo kurwa tak ładnie, czysto – porządeczek jest. Ja wiem, że to się leczy, dlatego dziś przyjmę porządną dawkę polskich procentów, po trzeźwy tydzień za mną i mam go dość.
    Tak bardzo lubię być pijany. Nie żeby się przewracać o własne nogi czy nie umieć wypowiedzieć zdania bez zaseplenienia, nie. Chodzi o ten stan, gdy całe ciało jest takie lekko gumowate, „gumisiowe”, w głowie czuć ciężar alkoholu, ale pijesz dalej. Ba, nawet może tańczysz. I masz tak bardzo wyjebane na wszystko, bo jesteś Ty, jest coś dobrego w szklance, do tego gra Twoja muzyka i już nie potrzeba Ci nic więcej. Może dla kogoś to smutne, ale w takich chwilach jestem szczęśliwy. Nikt mnie nie może dotknąć, mam wszystko w dupie i bawię się tak jak by jutro nie istniał świat. Jest mi wtedy dobrze ze sobą, to mnie tak kurewsko odpręża.
    Co znamienne, kobieta mi nie jest do tego wymagana. Nawet chyba większość przeszkadza, bo one do „klubów” chodzą łowić facetów, a ja jak już jakąś wiejską dyskę w tym smutnym jak pizda mieście, zaszczycę swoją obecnością, to na pewno nie po to, by wyrwać jakieś cycki na noc. Nie lubię mieć tego, co ktoś mógł mieć wczoraj i to bez trudu.
    Choć oczywiście są takie, na które aż miło popatrzeć. Nie znasz jej, nie wiesz kim jest, widzisz ją pierwszy raz i już chcesz ją mieć pod sobą albo nad sobą – nie ważne, chcesz by była przed tobą naga, by tańczyła z zamkniętymi oczami tak jak tańczyła na parkiecie. Chcesz ją mieć, mimo, że zdajesz sobie sprawę, że wczoraj mogło ją mieć kilku facetów. Zresztą tak jak dziś. W niczym ci to nie przeszkadza. Bo widzisz ją, jest śliczna, ubrana tak jak lubisz i do tego rusza się tak, że nie możesz oderwać od niej wzroku. Nie jest to częsty widok, a raczej powiedziałbym, że bardzo rzadki. Ale jak już się tak pojawi, to nie zapomnisz jej. To syndrom czerwonej sukienki/spódnicy.
    Może dlatego nie chodzę po dyskach – bo boję się ją spotkać znów i tym razem złapać ją za rękę. Może tylko sobie tłumaczę swój strach względem niej, chujową muzyką serwowaną w tych przybytkach, gdzie chodzi się potupać nóżką (co akurat jest prawdą). Lepiej bym nie znał odpowiedzi na to pytanie, bo mogłoby to zaburzyć równowagę we wszechświecie – ona jest tam tylko nocą, ładnie wygląda i rusza się tak, że omg… Ona jest przekleństwem nocy i wiem, że nie ma sensu jej gonić. Ale popatrzeć z pod przymkniętych powiek na nią nikt mi nie zabroni.

    Dziś utonę. Nie wiem jeszcze jak bardzo. Nikt mnie nie uratuje, bo nie będę nadawać S.O.S. Nie krzyknę „ratuj mnie” – raczej „utop mnie”.