Wpisy z okresu: 2.2006

    Dopadła…
    Niespodziewanie.
    Odejdź.
    Błagam…

    Love%20is%20back.gif

    Love Parade 2006 – Parada Miłości rusza ponownie.
    Po dwuletniej przerwie w Berlinie odbędzie się w tym roku ponownie Loveparade (Parada Miłości) – największy na świecie zlot sympatyków muzyki techno – podała niemiecka gazeta Berliner Morgenpost.
    Organizatorzy spodziewają się, że w przemarszu przez miasto 15 lipca, sześć dni po zakończeniu piłkarskich mistrzostw świata, weźmie udział milion osób.
    Firma Rainer Schaller, właściciel sieci siłowni, przeznaczyła na organizację imprezy 1 milion euro. W minionych latach Paradę Miłości odwoływano z powodu braku funduszy.
    W tym roku kluby muzyczne będą mogły skorzystać bezpłatnie z wyposażonych w systemy nagłaśniające samochodowych platform, którymi uczestnicy Parady Miłości przejeżdżają przez Berlin. Jury oraz internauci zdecydują o tym, komu zostaną przyznane miejsca.
    Loveparade odbyła się dotychczas piętnaście razy. W 1989 roku 150 fanów muzyki techno przeszło po raz pierwszy przez miasto. W 1999 r. do Berlina przyjechała rekordowa liczba uczestników – 1,5 miliona osób. W 2001 r. Parada Miłości utraciła status demonstracji politycznej. Od tej pory organizatorzy muszą z własnej kieszeni płacić za uprzątnięcie terenu ok. 600 000 euro.
    Punktem kulminacyjnym Loveparade jest całonocna zabawa pod Kolumną Zwycięstwa w parkowej dzielnicy Tiergarten. Mieszkańcy i organizacje ekologiczne domagają się zakazu imprezy ze względu na niszczenie trawników i płoszenie zwierząt.
    Hasło tegorocznej Parady brzmi The Love Is Back.

    Love%20is%20back%202.gif

    Normalnie jak małe dziecko się cieszyłęm. Ba! Nadal się cieszę. Bo myślałem, że już nie będzie mi dane pojechanie na Paradę. A tu taka niespodzianka!
    Berlin trzymajcie się – Rof nadciąga!!!

    Chcę się kochać, nie walić.
    Pragnę, byś mruczała kiedy będę Cię całował po szyji.
    Kochać i być kochanym marzę.
    Żyć dla kogoś.
    Bezpiecznym się czuć.
    Mieć się do kogo przytulić.
    Mówić do Ciebie chcę.
    Milczeć tylko z Tobą.
    Rozumieć Cię bez słów.
    I byś Ty rozumiała mnie.
    Niechce być sam.
    Przyjdź.
    Czekam…

    Jak zwykle słucham sobie muzyczki. Techno. No i subwoofer się produkuje na pół domu. Wchodzi J.
    - Czy to musi tak łupać?
    - Musi.
    - To niech łupie na Twojej stronie chałupy.
    - Staram się. Nie moja wina, że ściany są z tektury.
    - Ja nie będę ciągle pogłaśniać telewizora, bo u mnie ściany chodzą.

    To ściany chodzą? Nie wiedziałem…

    When I try to touch you…
    When I try to kiss you…
    When I try to blow you…
    When I try to love you…
    I can see this smile, on your face…
    Come to me to clead away…

    Joy Kitikonti – Dirtysummer (rock mix)

    Notki napisane dziś w nocy na kartkach.

    3:11

    Wszedłem na huba. Dawno nie byłem, bo mi się dc zjebało. Wszystkon niby po staremu. Jakiś koleś prawił wywód na mainie, jaki on nieszczęśliwy, bo mieszka 900 km od swojej dziewczyny. Niedługo nie będzie miała neta. A on biedny, już wyrobić nie może, bo tęski itp…
    Zdołował mnie pierdolony. Wróciły demony. Z brau kasy na chemię, chciałem się upić. Zaanonsowałem to na mainie i zacząłem się szykować do wyprawy na StatOil bo coś procentowego. I wtedy jakaś dziewczyna, znajoma, choć z początku jej nie pamiętałem, napisała bym nie pił. Bym nie pił dla mnie.
    Więc odłożyłem moją wycieczkę. Na chwilę. Ciekawość wygrała z chęcią najebania się. Wywiązała się rozmowa. Przypomniałem sobie kim jest. Nowa ksywka, więc mnie trochę zmyliła.
    Najśmieszniejsze jest to, że chce mi pomóc. Przegrała swoje życie. Ale nie potrafi żyć dla siebie. Tylko dla innych. To tak jak ja. Ale jest bardziej skryta.
    Ja nie. Lubię, podoba mi się wysyłanie moich mysli w kosmos sieci. Nawet gdyby nikt tego nie czytał, po za mną.
    Dla większości anonimowy. Dla garstki znany.Dobrze.
    Dobrze, że Cię mam,
    mój kochany blogu.

    4:44

    POtrzeba zapalenie dość szybko wygnała mnie z wanny. Wyszedłem, wytarłem się, ubrałem. Przeszukałem wszelkie papierosowe skrytki na czarną godzinę. Znalazłem – „Golden American Light”. Lepiej… „Kiedy ja to paliłem?” – zamyśliłem się na chwilę.
    Nie uzyskawszy odpowiedzi na to jakże nurtujące pytanie, wyszedłem przed klatkę. Po cichu, by nikogo nie zbudzić. Bo i po co mi głupie pytania typu: „Gdzie idziesz?”
    Niemalże podniecała mnie perspektywa zapalenia za chwilę fajki. I poczucie tej chwilowej, bo tylko (a może aż), pięciominutowej euforii.
    Papieros w ustach. Lewa kieszeń. Prawa. Kurwa! Zapomniałem zapalniczki. Już miałem się odwrócić i iść do domu po żarniczkę, gdy zauważyłem, że klatke obok stoi bB.
    Nie lubiłem go. Zawsze, gdy byłem młodszy, dokuczał mi. Teraz, gdy wyrosłem, ograniczał się do obnoszenia się ze swoją antysympatią do mojej skromnej osoby.
    Perspektywa wejścia na górę, męczenia się z zamkiem, mus zachowania się cicho i dyskretnie oraz przetrząsanie domu po ciemku, w poszukiwaniu rzeczonej zapalniczki, niezbyt mi się uśmiechało. Dlatego ruszyłem w stronę bB.
    - Masz ogień? – zapytałem
    - A masz fajkę? – odparł
    - Jedną.
    - To nie dobrze…
    Uśmiechnął się. Cały czas patrzył przed siebie. Ponad mną. W sobie tylko wiadomymy kierunku i miejscu.
    Cisza – tylko ona nas dzieliła. Bo co to jest pół metra?
    - Więc masz ten ogień? – spytałem ponownie. Po za tym, wkurwiała mnie ta cisza.
    - A masz szlugę?
    Nie wytrzymałem. Coś we mnie tąpneło. Lewa ręka sama zgieła się w łokciu i uniosła do góry. Prawą złapałem przegub drugiej o pociągnąłem w bok. Łokieć nakreślił pół elipsę, zachaczając o twarz bB.
    Tamten, niespodziewając się ataku, nie zdążył się osłonić, cofnąć. Przyjął cios.
    Poleciał do tyłu. Dwa kroczki i upadł. Zamroczony lekko. Może nawet bardziej zaskoczony tym, co się stało.
    Podszedłem do niego powoli. Zdążył wstać. Zacisną zęby. Wiedziałem co zaraz następi, ale nie przestawałem iść. Bo i po co? I tak bym tego nie uniknął. Po za tym, nie lubię uciekać.
    Podskoczył do mnie. Bo to nawet biegiem nazwać nie można. To był jeden skok. I uderzył prawym sierem.
    Ciepło momentalnie rozlało się od prawej strony mej twarzy, na nią całą. Niezamroczyło. Trafił w kość policzkową. Nie upadłem, choć uderzenie było silne.
    Nie zdążyłem się odwrócić w jego kierunku twarzy, a już, tym razem z lewej strony, kolejny cios. Tym razem trafiony.
    Upadam. Pierdolony, zimny beton. Chyba mu cios zszedł. Boli jak cholera. Prawa strona podbródka wręcz płonie. Ale to nic.
    Wstaję. Głowę podnoszę ostatnią. Czuję, że w ustach zbiera się krew. Wypluwam i spoglądam na niego. Językiem sprawdzam, czy nie mam nigdzie ubytku. Wkurwił bym się, jakby mi wybił zęba. Ale nie, wszystkie są.
    Stoimy tak i patrzymy na siebie. Dwa metry. Burza adrenaliny i hormonów.
    Odwracam się powoli i odchodzę. Gdy jestem już przy swojej klatce, słyszę charakterystyczny chrzęst kamieni od zapalniczki. Zatrzymuje się.
    Chwila.
    Biegne w jego stronę. To nie długi odcinek, jakieś sześć metrów. Dla mnie wydaje się wiecznościa. W ułamkach sekund przelatują mi wszystkie możliwe konsewencje mego czynu. Pierdolić je.
    Tym razem jest gotowy. Stoi i chroni rękami twarz. Tylko nie wie, że teraz nie uderzę tam.
    Pół metra od niego, zatrzymuje się bokiem. Staję na lewej nodze. Prawa, niesiona siłą rozpędu, uderza w jego lewy, nieosłoniety bok. Prawie w sam środek. Momentalnie go wygina.
    Nie tracę czasu i lewą nogą uderzeam w prawy bok. Znów wygięcie.
    Doskakuje do niego. Łapię za głowę, jednocześnie podnoszę prawe kolano.
    Upada.
    Groteskowo i nienaturalnie powyginany. Zamroczony. Nie wie co się dzieje. Oddycha płytko. Wie, że każdy głębszy oddech boli.
    Podchodzę do prawej ręki. Jest otwarta. A w niej niebieska zapalniczka. Kucam. Wkładam papierosa do ust i zapalam. Żarniczkę kładę mu z powrotem do dłoni.
    Spoglądam w bok. Bloki śpią. Cisza. Nawet samochody nie jeżdżą, zauroczone chwilą.
    Zaciągam się. Głęboko. Mocno. Wyjątkowo. Chyba chcę zagłuszyć ból. Strasznie napierdala twarz. Dawno nie czułem tego bólu.
    Kończę papierosa, gasząc go o metalowy filar klatki. bB. już doszedł do siebie. Odwracam się i parzę na niego.
    - Ty skurwysynu… – cios. Głowa odlatuje do tyłu. Zatrzymuje się ma betonie. Chyba bolało.
    - Nie obrażaj mojej mamy. – zadziwia mnie mój spokój.
    - Ty chuju! Zajebię Cię! Zobaczysz! – bB. wyraźnie doszedł do siebie, bo zaczął się produkować – Juz masz szmato przejebane!
    - I co? – przerywam mu – Powiesz chłopakom, żę Cię najebałem? Powiesz im, gdy zapytają co Ci się stało, że to ja? Chodź nie, nie zapytają. Masz i tak obity ryj, że i tak nie zauważą.
    Spojrzałem na niego. Wiedział, że mam rację. Zacisną tylko zęby.
    Wstałem, odwróciłem się i już miałem odejść, gdy powiedziałem:
    - Jakby co, jeszcze wyjdę kiedyś na papierosa. Nocą. Byśmy byli znów sami.
    - Kiedy? – spytał. A w jego głosie wkurwienie mieszało się z podnieceniem.
    - Kiedy tylko chcesz. – odparłem.
    Poczekałem chwilę. Ale nie dostałem odpowiedzi. Szczerze? Wiedziałem, że nic nie powie.
    Bo niespodziewał się, że wygra z nałogiem.

    Nie mam sił. Opadłem. Odpadłem z gry zwanej życiem. Za trudna dla mnie. Nie rozumiem jej zasad. Może nie chcę ich zrozumieć. Bo i po co? I tak przegram.
    Siedzę i już nawet nie myślę. Ściągam bez celu mb nowych piosenek. Ale nawet odeszła mi na to ochota.
    Wiem, że ze mną źle. Ale to taki paradoks. Zdaję sobie z tego sprawę, a mimo to nic nie robię i pogrążam się w to dalej. Głupi ja.
    Wszystkim potrafię jakoś to wytłumaczyć.Wszystko. Od tego, że trzeba odejść, bo nie ma sensu brnąć dalej w beznadziejny związek, odejść od faceta, który tylko rani, walczyć by żyć i tak dalej. A sam nie potrafię tego wyklimić.
    Na pewno jeszcze bedzie szczęście i radość. I pomijając gdybania, co by było gdy nie będzie, to zastanwiam się kiedy. Bo bycie samotnym mnie męczy.
    Podziwiam singli. Ja bym tak nie mógł żyć. Sam. Już mi odpierdala, a jestem sam trzeci miesiąc. A co dopiero całe życie. Odpada.
    Nie mogę. Muszę. Mam ochotę. Ogromną. Tak po prostu. Dla siebie. Naspeedować się. Drugi dzień mi to już chodzi po łbie. Więc jednak może coś w tym jest? Może pomoże?

    marz%EA....gif

    Pierdolę! Nie wiem. Ważne, że choć przez jedne dzień będę się czuł tak jak wtedy.
    Wolny.
    Kochany.
    Potrzebny.
    Bezpieczny.
    Tak, jestem winny własnej głupocie – dałem się miłości. I ona mnie zniszczyła. A gdy już odeszła i myślałem, że już będzie dobrze, przyszła samotnośc i teraz ona mnie niszczy.
    Świetnie. Wymarzone życie.
    Tak, młody jestem. Tak, pewnie czeka mnie jeszcze wiele dobrego. Tak, będę jeszcze kiedyś szczęśliwy.
    Patrzę na gg. Opisy… Kurwa, czy ludzie nie mają mózgów?! Dobijają mnie nie którzy. Siły nie mam nawet wypisywać tu przykłady. Ale to już inna sprawa.
    Widocznie tak już musi być – ci co są szczęśliwi, piszą głupie i bez sensowne opisy, typu:”cztery razy kocham Cię, imię, dwa razy kocham Cię”.
    Ci co cierpią, mają pięknie ukazaną prawdę o życiu. Choć nie zawsze oczywiście, to jednak.
    Zdażają się też oczywiście osobniki, których nie da się przypiąć ani do jednej ani do drugiej grupy. Bo opisy mają ni go w dupę ni go w oko.
    Ale tak jest wszędzie – świat zawsze był podzielony na szczęśliwy, nieszczęśliwy i ten, w który nikt z pozostałych nie wie o chuj tu chodzi.
    Mam ochote kupić pakiet Malboro 100′s. Butelkę Sauzy. Glocka 17. Pół automatyczny karabinek MP-5. Może kilka granatów fosforowych. Do broni naboje. I przejść się w kilka miejsc.
    Do mojej byłej szkoły. Na długiej przerwie. Do pokoju nauczycielskiego. Nie bawił bym się nawet bronią. Dwa granaty. Buch. Wchodzę.
    Porozrywane ciała. Krew. Fosforowe granaty mają to do siebie, że palą skórę. Więc czuć zapach zwęglonych zwłok. Gdzie niegdzie ktoś się porusza. Wyciągam więc Glocka i dobijam. Jeden strzał w głowę. Nie męczę ich. Po co. Już zapłacili.
    Następny punkt. Dom mojej ex. Nie zabiłbym jej. Ani jej braci. Matki też nie. Lubiłem ją. Ojca. Tylko. By poczuła jak to jest stracić kogoś bliskiego. Strzał w jedno kolano, potem w drugie. W łokcie. Poczekałbym z kwadrans by poczuł ból. Strzał w głowę na zakończenie.
    Potem kilka osób, które mi wadzą samym swoim istnieniem. W różnych częściach mego miasta.
    Powrót na osiedle. Kolejne ciała, które giną, po krzywo na mnie patrzyły.
    Koniec krucjaty. Lepiej. Nie. Ale oddałem przysługę temu światu. Kilkanaście szmat mniej do noszenia.
    Jak zakończyć tak kurewsko udane życie? Strzałem w głowę? Nie.
    Samolot wypełniony materiałami wybuchowymi. Ja na miejscu pilota. Lot pół godzinny na Wawę. Cel – siedziba dziwek z Pisu. Czas – zjazd całęgo tego kurestwa. I bum.
    Rof, upadły, zakończył swój morderczy bieg. I jest mu dobrze.
    Kurewsko dobrze.

    The new Rof is born…

    the%20New....gif

    P.S. – W sądzie, która trwała tydzień (i zawsze już tak będzie) wyniki są następujące:

    Jaki kolor bielizny preferujesz?

    67,86% – czarna
    14,29% – biała
    14,29% – inne kolory
    3,57% – czerwona

    Tak, więc blog istnieć będzie najprawdopodobnie tylko do pierwszego kwietnia.
    Czemu? Bo mam przypierdoloną rodzinę. Kolejny dowód został mi właśnie ogłoszony przed chwilą.
    Mój sponsor od netu, wlazł i zaanonsował, że cały marzec i do końca lutego będzie mnie obserwował (co ja kurwa jestem – żadka odmiana małpiatki w jungli amazońskiej?!). „Bo nic nie robię całe dnie, tylko siedzę przed kompem” – jak to powiedziała.
    Bo szmata ma dziś zły humor. Bo jaśnie panią zbudzono po nocnym dyżurze. I nie miała na kim wyładować, więc przylazła do mnie.
    Niech spierdala. Chuj, nie będę się zmieniał, bo mnie kurwa nie tolerują.
    Co mam robić? Na dwór wychodzić? No, nocne spacerki uskuteczniam. Dobrze mi z nimi, więcej nie potrzebuję wychodzić.
    Spotkać się z przyjaciółmi. Eee, odpada – inne klimaty. Oni lubią chodzi do barów czy klubów, ja nie przepadam. Wolę usiąść w domu, napić się i pogadać. To samo co w barze, ale taniej i na większym luzie. Ale nikt nie jarzy ocb mnie.
    Uczyć się mam? Nie wiem po co, jak wszystko umiem. To co zapamietam na lekcji, wystarcza mi, by dostać trzy czy cztery. A na więcej nie mam ochoty. Rozleniwiłem się.
    Zresztą, na nic nie mam ochoty. A net to taka fajna odskocznia od rzeczywistości. Tu ludzie nie ranią. Są wyraźnie podzieleni na szczerych i kłamców. Na złych i dobry. I cool. Nie gubię się, nie muszę mysleć… Łatwiej.
    Czy tak trudno zrozumieć człowieka. Który upadł. I niechce się podnieść. Bo po co? Tak trudno? To nie mówcie, że myślicie, jak nie rozumiecie,
    moja kochana, pierdolona rodzino.