Wpisy z okresu: 7.2006

    Przeraża mnie mój poziom agielskiego. Wogóle mój poziom wiedzy potrzebnej w szkole. Bo tak to ja mam. Nawet w nadmiarze. Ale w szkole to ona się nie przyda.
    Nie podoba mi się, że przytyłem. Nie, że jakoś dbam o linię czy coś, ale po prostu teraz mój brzuch, wybitnie nie komponuje się z całą moją sylwetką.
    Seksić mi się chce. Bardzo. I choć blisko, że nawet milimetra przestrzeni, to nie, poczekam. A potem miesiąc z łóżka nie wypuszczę.
    Chyba zaczyna docierać do mnie, że jednak raczej uzależniony jestem od netu.
    Wrrr… Szkoda kurwa, że nie jeszcze coś!
    A tak, zapomniałem – nadal mam problemy z zasypianiem; zasypiam o czwartej nad ranem a wstaję o drugiej po południu. Tiaaa.
    Whatever…

    Wybór…

    3 komentarzy

    Były cztery. Nie to, że jakoś nam na sobie specjalnie zależało. Ot, po prostu gdy miałem na którąś ochotę, to brałem i się nią (a może nawet czasem z nią…?). No i jakoś nikt nie miał wielkiego halo. Chociaż nie, ale właściwie to było małe halo, więc się nie liczy, bo w sumie i tak nic sobie nic z tego nie zrobiłem.
    Ale teraz je zostawiłem. Wszystkie cztery. Dla jednej. Cholernie nieopłacalna tranzakcja z pozoru. Ale ja wierzę, że wybieram mądrze. Bo jak nie, to przecież zawsze mogę wrócić. Przyjmą mnie i tak z otwartymi ramionami.
    I to nie żaden szantaż, ostrzeżenie czy inna pierdoła. Nie… To po prostu zapowiedź, jak to będzie z jedną opcją. Tylko tyle.
    Więc hmm, chyba oddalam się od granicy. Nie długo trudno będzie mi się wycofać…

    Źle…

    Brak komentarzy

    Bo wszystko przez upartość. Nie, nie tak. Przez jebaną upartość.
    Źle jest. A było tak cudownie. Kurwa, ale chyba to już tak jest – po chwilach dobrych, przychodza te złe; niedobre one.
    I choć robię coś wbrew sobie, to druga połowa chwali. I jak tu zdecydować co jest good a co nie? Nie wiem, w tym wypadku chyba zatraciłem tą zdolność…
    Jest daleko od ok. Kurewsko daleko.
    Czuję, jakbym miał na karku, barkach, kilkadziesiąt kilo (bo nie wiem ile to jest kilkaset). Taki ciężar, wgniata jak siedzę. Stać nie pozwala, bo czuję się jakbym chciało mnie wbić w chodnik.
    Nic nie daje papieros wypalony pod klatką. Na nic muzyka. On i tak jest. I z każdą myślą staje się coraz cięższy.
    Runie, to pewne. Boję się tego momentu. Bo wiem, że nie zapanuję; nie zburzy się tak jakbym chciał. Rozpiździ się bez ładu i składu.
    Przyparty do muru mam dwie opcje do wyboru. Jedna to szczęście, ale kosztem wolność. Drugie to wolność, kosztem szczęścia.
    Nie ma szarości. Choć to nie możliwe, to chyba nie ma. Jest tylko biel, tak kontrastująca z czernią.
    A ja boję się, siedzę i myślę, jak tu je połączyć…

    Więc znów znikam. Na około dwa tygodnie. Nie tyle, że jadę gdzieś, tylko znikam z netu.
    Nie mam siły już do tego jebanego pcta. Gdy wreszcie, po trzeciej wymianie, nagrywarka zaskoczyła, to jeszcze wyminili mi grafę, bo tak im wyszło w testach. I co? I kurwa po chuj ja ruszali? Teraz to dopiero mam zjebaną grafę. Jebane patałachy!
    A tak przy okazji, to znów jadę sobie ze Słoneczkiem. Hyhy, fajnie, cieszę się jak głupi, bo myślałem, że to nie wypali. Lecz jednak wszystko skończyło się ok.
    Lubię jakoś wydawać pieniądze. Nie mam jakiejś dziwnej (przynajmniej dla mnie) potrzeby kolekcjonowania i zbierania ich. Dzięki nim realizuję cele, marzenia…
    I kiedyś kupię sobie dużą, zieloną łąkę. Bo chyba słońce już mam…
    W każdym razie, miłych wakacji wszystkim, którzy czytają te moje pierdoły. Wiem, przymulam. Ale w zimę znów mnie dopadnie eprecha i chandra, więc będziecie mogli poczytać znów depresyjne notki, pisane w transie narkotykowo-alkoholowym. Chyba…

    Człowiek siedzi, spokojnie, sieczy się netem. Wtem dźwięk oznajmujący, że właśnie otrzymałem krótką wiadamość tekstową. Myślą, że to od tej, która w mojej głowie siedzi, radoście porywam telefon i… to nie od niej. Od kogo? Od przeszłości.
    W sumie nawet nie wiem po co się odezwała. Pytałem, ale jak to z nią bywa, odpowiedź ja chyba przerosła, bo była tak głupia, że szkoda gadać.
    Rozbawił mnie już sam fakt, że się odezwała. Bo jak to napisała: „milczałeś i nie wiedziałem, czy żyjesz”. Nagle ją to zaczęło interesować. A wcześniej nie. Bawiło mnie to, więc nie przerywałem „konwersacji”.
    Po chwili, chyba wyczuła, że leję na nią sikiem prostym i chuj mnie obchodzi zarówno ona jak i jej życie, więc wykazała się i odpisała na moje pytanie co tam u niej (z grzeczności to napisałem, bo ona zapytała pierwsza – bądź co bądź, chamem nie jestem). Odpowiedź przyszła: „Jestem szczęśliwa w tym moim nowym życiu (ta? To fajnie. Ale to nie był koniec…), masz kogoś?
    To mnie po prostu rozpierdoliło na kawałki pierwsze. Najpierw zaskoczenie, a potem śmiech. Nie mogłem po prostu wytrzymać z brechtu – leżałem i się śmiałem.
    Gdy już jako tako opanowałem się, odpisałem, że co ją to obchodzi. Odpowiedź przyszłam, a jakże: „Po prostu jestem ciekawa czy masz z kim przy swym boku kroczyć przez to nowe życie.”
    Zastanawiając się z jakiego filmu to przepisała, odpisałem, że na pewno nie z nią, to moje życie i jej tyle do tego co nic. Odpowiedź nie przyszła. Strasznie mi smutno, hihi.
    I tak się zastanawiam – czy ona jest na tyle tępa, że myśli, że mogła by ze mną kiedyś być, czy ją chłopak rzucił…
    Zresztą, teraz, po poznaniu takiej jednej cudnej kobietki, stwierdzam, że nie dość, że dzieli je przepaść głębokości rowu Mariańskiego, to jeszcze, w porównaniu, nie miała mi nic do zaoferowania.
    I tym optymistycznym akcentem, na razie kończę swój wywód, bo czy trzeba dodawać cokolwiek…

    P.S. – Wyniki poprzedniej ankiety:

    Seks bez miłości?

    Nie – 60.71%
    Tak – 21.43%
    Wszystko mi jedno – 17.86%

    P.S. 2 – Profil moje bloga numer dwa, został zmieniony. Od dziś postaram się tam prezentować śmieszne zdjęcia znalezione na necie. Więc serdecznie zapraszam ^^

    www.slodki-mis.blog.pl

    01.07.2006

    00:40
    Rzygać mi sie chcę. Tak jakoś. Kolejny raz.
    Patrzę na te mordy w rządzie. Na obłódę i zaklinanie. To takie już nudne. A wciąż trwa.
    Wstydzę się za swóju kraj coraz bardziej…
    Za to, że polska piłka to coś więcej niż porażka – to katostrofa. Janas to nie trener, tylko były piłkarz, który myśli, że jest Cezarem footbolu. No a nie jest. Tylko nie ma mu kto tego powiedzieć. I dalej brnie w to gówno (wspomnieć jego postawę i „genialne” taktyczne zmiany w meczu z Niemcami). Ale jak ma mu ktoś uświadomić, że jest tyle wart, co głos Dody (dla nie zorientowanych polecam utwór Lady Pank – „Mniej Niż Zero”). „Kompromitacja to by była wtedy, gdyby wybiegli na boisko i ściągneli spodenki” – tak mówił cztery lata temu. W tym roku nie ma tak błyskotliwych ripost. Ale prezes nasze związku piłki nożnej uważa, że należy mu się pomnik, za to, że cudem i na czworaka weszliśmy do grupy na MŚ, za ojebanie dwóch meczy i wygranie ostatniego, nic nie znaczącego. A nie przpraszam, on był o honor. Tylko honotu, to polska piłka raczej już w moich oczach nie odzyska nigdy.
    Rzygać też mi się chce za to, jak sprzedawane były bilety na mundial. Mozna było kupić bilet legalnie, zapłacić za niego grubą kasę, pojechać i nie wejść na stadion. Albo w ogóle nie dostać biletu. A ludzie, którzy kupili bilecik przez Fifę, nie dość, że normalnie i bez problemowowchodzili na stadion, to jeszcze dostawali je z conajmniej miesięcznym wyprzedzeniem. Podsumowując: jebać polska piłkę nożną.
    Teraz czas na politykę. Nie ma drugiej takiej swery życia, która codziennie by mnie tak wkurwiała, jednocześnie tak mnie bawiąc.
    Więc o to mamy rząs katolickich ultra debili, narodowych homofobów i socjoliberalnych buraków (wyjaśniac ocb chyba nie muszę).
    Na czele ministerstwa edukacji idiota, o największym wzroście kretynizmu. Dziwię się jeszcze, że nie ma takich strajków na wyższych uczelniach, jak kilka miesięcy we Francji przeciw zmianom w prawach pracy. Ale coż – studenci podążając za górą, kretynieją.
    Z ostatnich cudnych i wizjonerskich planów wysokiego debila do spraw edukacji:
    - zlikwidowanie tak wspaniałego przedmiotu jakim jes wos, na rzecz jakiejś debilnej historii Polski (pan Roman chyba nie wie, że patriotyzmu, tak jak dobrych manier, powinnismy się uczyć w domu – nie w szkole)
    - zmniejszenie wychowania fizycznego z czterech do dwóch godzin tygodnowo (nikt nie docenia teho daleko obmyślanego planu – przecież środki na służbę zdrowia wzrosna w ogromnej, jak na Polskę, warunki i trzeba wychodować sobie pokolenie grubasów, które będą chorować na nadciśnienie, nie wydolność wątroby, jelit i takie tam, by pieniądze nie zmarnowały się).
    Oczywiście Wielki Debil nie jest sam. Ma w rządzie kumpli z Młodzieży Wszechkretyńskiej. Rafała Wiecheckiego. Ten z kolei odpowiada za ministerstwo gospodarki wodnej (specjalnie, nowo utworzone dla niego ministerstwo…). Nie przeszkadza mu w kierowaniu tym resortem ani pobicie fotoreportera, ani faszystowskie gesty – przecież tak się zamawia piwo.
    Jest jeszcze wiceprezes telewizji polskiej, Piotr Farfał. Antysemita, narodowiec, ale także literat. Oto fragmet jego pisarskich umiejętnosci: „Nie tolerujemy tchórzów, konfidentów i Żydów” To co wy do kurwy nedzy robicie w rządzie?!
    Kolejny z obozu Pierdolniętych Lotników Rypanych, jat Radosław Parda – wiceminister sportu. Jedyny bodajże kompetentny człowiek na właściwym stanowisku: kibol Śląska Wrocław. Podobno nie przegrał żadnej ustawki.
    Na konie mój ulubieniec – Wojciech Wierzejski. Wygląda ja po lewatywie znakiem drogowym, ale nie o wyglad chodzi. Jako prawdziwy wszechpolak dość mizernie wypada – ożenił sie dopiero niecały rok temu (małżonce składam kondolencję i z całego serca wspólczuję). Specjalista od homoseksualistów na Polskę, narodowiec, homofob, antysemita – idealnt wszechpolak. Z inwencji własnej chodził na koncerty faszyzujących zespołow, np.: „Twierdza”.
    Nie można zapomnieć o kojelnym partnerze paktu stabilizacyjnego, Samoobrony Andrzeja Leppera (nie, to wcale nie ruch totalitarny, tylko troska o opinię publiczną i wyborców, by nie myliła „właściwej” Samoobrony” z tymi tworzonymi przez byłych działaczy, w opozycji do przewodniczącego).
    Sam wielki przewodniczący, wziąl na swoje opalone i wytrenowane z Agnieszką Rylik barki, ministerstwo gospodarki. I co z tego wynikło? Jak zwykle cudy. Ot pojechał do Brukseli, abrakadabra i już wywalczył rolnikom, że mogą wyprodukować o 100 tysięcy litrów mleka, niż rok temu. I nic to, że było to zapisane w traktacie akcesyjnym.
    Po za tym, jako główny sensi strajków na Polskę, jeźdzził do lekarzy i górników. Nic nie zrobił, ale w telewizji się pokazał, a wybory tuż tuż.
    Szanowna pani Beger, pierwszy kurwik IV RP (choć nadal jej nie widzę, ale podobno już jest), jednak sfałszowała listy wyborcze. Choć ona, oczywiście nic o tym nie wiesziała. Bidulka…
    Przewodnicząca parlamentu z tej szacownej parti, bodajże niejaka Sobieraj okazała się lepsza niż swego czasu Kwacha. Pani ta, tak bardzo chciała błysnąc swoją mądrością, że zapłaciła cztery tysiące dolarów i ukończyła w Moskwie jakąś tam szkoła psyhologi. I juz ma mgr przed nazwiskiem.Tylko chyba z przegrzania tych kilku komórek szarych, nie wie, że dyplom tej renomowanej uczelni, jest nic nie wart i można nim sobie dupę podetrzeć.
    Czas na partię rządzącą, kierowaną prze Jarosława „Kurdupla Nielota I” Kaczyńskiego.
    Namaszczony na ojca parti (ale nie tylko w mediach – bo i tak każdy wie, że jest pinczerkiem Jarusia) Gosiewski nadal skacze jak mu karzą (ale nie za wysoko, by nie przerosnąc swego pana). Ośmiesza się tylko, kłamiąc, że w swoje urodziny, Jaruś złożył mu życzenia – ten nawet o nich nie pamiętał. Cóż – taa rola sługusa.
    Arturek Zawisza, narodowiec i pisowski bandyta, przewodniczący komisji do spraw nadzoru bankowości. Raczej szybko skończy, bo podobno prał pieniądze. I to nie tylko na mieście tak gadają – mówi to też prokuratura z lublina.
    Za to Arurek ma na swoim koncie wypowiedź, która odpowiada, czemu tak nie nawidzę całej parti rządzącej, rządu i jebanych kaczek. O to ona: „Państwo liberalne jest państwem przeciw człowiekowi i Bogu. Jego racją jest zamęt, a efektem burzenie ładu duszy”.

    Dziękuję i bez komentarza.

    P.S. – Wybaczcie to polityczne wyrzycie, ale już nie mogłem.

    15.06.2006

    01:17
    Kolejna noc. I koleny dzień. Permanentnie do przodu. Nie zważajać na nic, ani na nikogo. Czemu ja tak nie umiem? Chyba trudne to aż tak nie jest. Cóż, ale Ziemią nie jestem.
    Dziwnie w życiu mym. Właśnie, w życiu. Bo już to nie wegetacja. To oddychanie pełną piersią w leniwe popołudnie. Rozkoszowanie się housem na balkonie w promieniach słońca. Nocne spacery w cieniu bloków. Czasem centymetry ponad ziemią, a czasem nie.
    Komórka rozbłyskuje. Jasne światło zalewa pokój. I cisza. Taka przyjemna. Nie ma sensu mącić jej dźwiękiem. Dlatego wyciszony. Trzy muśnięcia klawiszy, chwila i już czytam. I zawsze, każdy – orginalny, niepowtarzalny…
    Klikniecie. Nie mal nie słyszalne. Lecz ja, wuczulony na nie, słyszę bardzo dobrze. Bo długi i głośny dźwięk nie pasował. Subtelne i proste klikniecie. Pauje jak ulał. Choc treść nie zawsze proste, to delikatna i owsze.
    To chore. Ta stwierdziła cała moja rodzina. Poznawac kogoś przez net. Gadać z nimi, zwierzać się, ufać. Pisać smsy do czwartej nad ranem. Ale nie dostrzegają, że w sieci ludzie są szczerzy., tak na prawdę. Nie udają nikogo – nie muszą. Mogą pisać co myślą, wyrażać swoje uczucia, być sobą, nie bojąc się krytyki. Słowa przecież ich nie zranią. A nawet jeśli, to zawsze można kogoś takiego zablokować.
    Życie w sieci jest łatwiejsze. Tu mamy czas na zwieżenia. Odkrywamy przed obcymi swoje najskrytsze tajemnice. By wyrzucić z siebie to co chcemy; za bardzo ciązy. A nasz rozmówca, wysłucha, może coś doradzi, ale nie oceni. Jesteś tylko nickiem…
    Tylko przez to, oddalamy się od tych, których możemy dotknąć. Bo z nimi nie pogadamy tak łatwo. Bojąc się konfrontacji, uciekamy od problemów, bagatelizując je. Ani się obejrzymy i zostajemy sami z niczym. Warto?
    Targają mną myśli, uczucia..
    Nie mam jak ich wyładować. Nikomu o nich mówić nie chcę. Kumuluję energię w sobie. A wiem, że to złe. Bo wybuchnie. LEcz w tej patowej sytuacji, pozostaje mi tylko czekać na wybuch.
    P.S. – Kto by pomyślał, że 160,5 centymetró potrafią tak odmienić życie…
    Małe jest piękne? Nie (zawsze Subaru, nigdy Mini). Ale małe dużo potrafi.

    13.06.2006

    22:40
    Szczęście…
    We własnym domu czuć się jak wiezień. Zaszczuty pierdoloną pogonią za pieniędzmi.
    Jesteśmy… Mamy dużo znajomych, kilku przyjaciół. Ubieramy sie modnie lub kreujemy własny styl. Chodzimy cały tydzień do szkoły, by wyluzować się w klubacz czy dyskotekach. Brylujemy w towarzystwie. Łatwo nawiązujemy nowe znajomości, jesteśmy lubiani…
    Tak, jesteśmy fajni. Nic dodać, nic ując, po prostu fajni…
    Wymykam się nocami, by w szarym oceanie oddychać zielonym powietrzem. Sączyć ciszę, od czasu od czasu przerywaną przez jakiś samochód. Oświetlony światłem lamp, po chodnikach przemierzam wyznaczonymi ścieżkami. Albo ślizgam się po trawie. Wśród drzew. Ot tak sobie, by poczuć, że jednak żyję.
    Z problemami uciekam właśnie tu. W sieć. Ale tej drugiej alternatywy wykorzystać z przyczyn technicznych nie mogę.
    Nie mam nikogo. Sam idę swoją drogą. Tak szczerze.
    Nawet właściwie znaazła by się jakaś trójka osób, z którymi mógłbym pogadać. Ale po co zawracać im głowę. Oni i tak mają ciężko beze mnie. Bo ludzie bez problemów nie są interesujący. A raczej ci, którzy je ukrywają. Nie ma ludzi bez problemów. Szczerośc ponad wszystko.
    I tak fajni ludzie zostają sami. Bez komunikatora, netu, komórki… Nawet nie znają imion swoich sąsiadów. Mówią sobie cześć i tyle. Bo po co więcej? Przecież tak zajebiście być samodzielnym. Tak nam dobrze, gdy nie musismy się opowiadać gdzie idziemy. Mówić co robiliśmy. Pośmiać się, popłakać. Przytulić czy tak zajebiście popatrzyć się na siebie.
    A mi tego brakuje.
    Tak kurewsko mi tego brak…

    09.06.2006

    21:45
    Właśnie w takich chwilach jak ta, najbardziej mi brakuje netu…

    21:14
    I poczucie wykluczenia też boli. Nie tak bardzo, ale jednak.
    Słyszę jak moi „kumple”, kilka klatek dalej dopingują „naszych”. Ani to moi kuple, ani to moi. Jebie mnie ten mecz i jebią mnie ci kumple.
    To śmieszne w sumie. Jeszczedwa lata temu była paczka zgranych ziomków, zajebiste akcje, nocne gadania i w ogóle ławka, chłopaki z blokó. A teraz? Porażka…
    Nie żałuję, że mnie z nimi nie ma. Bo oni nie są od niczego innego, jak od wypicia piwa, zapalenia szlugi i pogadania o jakiś pierdołach. Nie wiem czy to fajnie czy nie.
    Jebie mnie to…
    Chcę się zapaść pod ziemię…

    21:08
    Świadomosc bycia samym boli…
    Boli bardzo…

    07.06.2006

    02:16
    A jeśli napiszę, że mi fajnie… To czy to źle?
    Mam kogoś bliskiego. Lecz czy od razu musi być ktoś z kim jesteś? A jeśli to ktoś z kim żyjesz w niby byciu. Zmienia to coć? Nie…
    Zasypiam i budzę się z nią. Nie ma, a jest…
    Cieżko jest.
    Lepiej. Nie sam. Bo wiem, że jesteś. Może to nic nie znaczy. Może to tylko iluzja, która tak wytrwale co nocy budujemy. Może jesteśmy tylko niepoprawnymi marzycielami…
    I wiesz co? Dziękuję Ci. Bo te marzenia dają dużo. Bardzo…

    24.05.2006

    22:48
    Jak nazwać kogoś, kto jest z kimś, a jednocześnie proponuje seks komuś innemu, oczywiście nie informując tego kogoś z kim jest o swoich zamiarach…?

    21.05.2006

    22:20
    Co robi Rofik? Nic nie robi. Całe dnie się opierdala. Raz się nudzi, a raz niby nie. Bo w sumie ma zajęcie, a i tak się muli.
    No i ma magiczną duszę, więc nie jest sam. Teoretycznie jej nie ma, ale ona i tak cały czas jest. I tylko czasem to potwierdza 160 znakami…

    17.05.2006

    13:12
    Dziś (mam nadzieję) dowiem się co i jak bede robił. Bo to niezbyt pewne źródło. Ale jak już coć załatwi, to bankowo będzie w cipkę.
    Więc czekam na telefon. I nudzę się. Cholernie.
    Siedzę sobie tak na balkonie i patrzę tak na ściany. Białe i szare. Kurna, jakbym chciał wziąść kredki i jak dziecko pomalować. Ot tak, taka jazda.
    Nie wytrzymuję już, czuję, że się duszę. Muszę odpocząć, przestać myśleć. Alkohol, drugi – whatever. Tak, tak wszystko. I nie po to by się bawić, ale usiąść i po prostu napawać się chwilą.
    Poczuć wolność w skrzydłach – tego chcę…

    14.05.2006

    03:51
    Akcja ratunkowa moich trzech numerów „Play”, zakończona sukcesem. Magazyny mokre, ale będą jeszcze do użytku. Choć będzie widać, że są po przejściach.
    Miejsce katastrofy (lada przy łóżku) uprzątnięte.
    Wnioski – nigdy więcej mleka przed snem i mleko nie niszczy tak papieru jak woda.

    02:33
    Wróciłem. Bo wyszedłem.
    Leżałem i myślałem. Okno miałem uchylone. Słyszę szum deszczu. Ale taki ciągły. Wydało mi się to dziwne. Wstałem i spojrzałem na ulicę. Nic. Lecz coś mi nie pasowało. Otworzyłem okno i wystawiłem rękę. Był.
    Ucieszyłem się. Tak szczerze. Ubrałem się i po cichu wyszedłem z domu.
    Nie padała. Leciał sobie z nieba. Tak bez pospiechu. Jak ja, poruszając się w oceanie. Leniwie ślizgałem sie wzrokiem po blokach. Tylko gdzieniegdzie pobłyskiwał telewizor. Na klatchach i w nich paliły sie światła. A tak nie…
    Jakie to przyjemne wyjść i zanużyć się w nim. Pozwolić objąć i prowadzić. On zawsze przy mnie trwa. Niby nic, a jednak kocham go. Choćby za to, że jest i zawsze mnie przyjmie.
    Pobudzone nikotyną, receptor włączał się jedne po drugim. Aż wszystkie wyrwały się z myślowego letargu. I wtedy mogłem już całkowicie oddać się nim.
    Szedłem przed siebie. Tak po prost. Patrząc gdzieś. Gdzie nikt nie widzi. Nawet ja. I tak, krok za krokiem, zbliżałem się do punktu, w którym musiałem skręcić. Lecz wszystko powoli, bez pośpiechu. To nic, że szedłem środkiem drogi. Liczyła się tylko chwila…
    Skręciłem. Wróciły. W odpowiednim momencie. Zajeły moją głowę. Ale receptory zostały wolne.
    Uniosłem głowę. Chyba chciałem zobaczyć jak lecą krople. Lecz dostrzec nie mogłem. Tylko wielką, granatową planszę widziałem. I z niej leciały. Spadały na moją twarz, mieszając się z łzami…
    Chyba nie było do nich powodu. A może był? Nvm. Znikneły, tak jak nagle się pojawiły.
    Dalej szedłem. Ocean wypuścił mnie ze swoich czułych objęć, by dać mi pławić się w morzu. Ono, jeszcze jakby chętniej mnie przyjeło. Jeszcze szczelniej objeło. Otuliło mnogością zapachów. Tylko kolor ciągle ten sam. Zielony…
    Przy każdym kwitnącym drzewie lub krzewie, zatrzymywałem się, by powąchać jego przywitanie wiosny.
    Moje receptory, ukojone pięknem chwili, chodziły na pełnych obrotach…
    Uszy. Ukojone szumem wiatru w drzewach i melodi jaką wygrywały krople na liściach.
    Oczy. Uspokojone szarościa i zielenia skąpaną w nocy, lekko oświetloną latarniami.
    Nos. Pochęptany świeżą trawą, ziemia i mnogoscią kwiatów.
    Skóra. W delikatnym transie, które tworzyły spadające na nią krople oraz subtelne muśnięcia wiatru.
    Było mi dobrze. Prawie, bo bez Słońca; nie świeciło…

    01:23
    Jak żyć z piętnem? To ciekawe pytanie. Już w samym nim kryje się kilka pytań…
    Bo jeśli zadaje się takie pytanie, to sugeruje, że żyję z jakimś (jakimiś), lub ktoś mi bliski żyje. Może zacznę od końca. Nie mam nikogo ze znajomych, kto by go nie posiadał. I, pomijając fakt, że krąg ten zalicza tendencję spadkową i nie widać, by zbliżałoby to się do końca, to jest dziwne. Bo wielu ludzi nie dostrzega tego…
    M. Fajny koleś, student. Przystojny, lecą na niego laski. Przypakowany, kulturalny. Bawiący się w najlepszych lokalach. Multum znajomych. Ale tak na prawdę on nie umie sie w tym odnaleźć; nie ma celu. Bo czy życie bez miłości, czy choćby nadzieji na nią, to życie…
    J. Kiedyś kupel, dzisiaj szmata. Z wyglądu szczylowaty, chudy, krótko ostrzyżony. Podejście do życia typowego debila – micha, rozrywka (tv i komputer w zupełnosci wystarczy), jakaś cipka do poruchania (choć żadna mu jeszcze nie dała i nie zanosi sie na to). Od zawsze uważany za frajera i ciotę, która nie umie się postawić.
    A. Ktoś ogromnie mi bliski. Jedna z garstki życzliwych. Cudowna dziwczyna z trudnym, aczkolwiek dobrym mimo wszystko charakterem. Życie dało jej pożądnie w dupę. Lecz nie ma do siebie dystansu, wszystko bierze za bardzo do siebie.
    S. Kiedyś spoko koleś. Dziś, kolejny obywatel PL. Podejście do życia takie jak u J. Choć on jakby tego nie dostrzegał. Po latach szyderstw, obelg i poniżania pod swoim adresem, wreszcie został zaakceptowany. Przez wszystkich. Wywyższa się, podkreśla przy każdej okazji, jaki to on jest zajebisty. A nie jest.
    W. Całkowite przeciwieństwo mnie. Ciągle uśmiechnięty, niemal jak debil. Chłopak, którego życie omija ze swoimi lekcjami. Naiwny i łatwowierny. Choć mówi, że kocha, to nie ma pojęcia o miłości.
    C. Przeświadczenie o jej zajebistości, teoretycznie powinno rozbić każdą rozmowę z nią. Ale przyzwyczaiłem się. Bardzo dobra dziewczyna. Na własne życzenie pogrąża się w swojej nie spełnionej miłości. Nie potrafi pogodzić się z porażką.
    M. Mieszanka dziwnej inteligiencji i pospolitej głupoty. Zdeżenie różnych emocji, zachowań. Zatracona tak we własnej osobie, że sama nie wie, czego chce.

    10.05.2006

    23:43
    Brak mi wiary w siebie. We własne możliwości, umiejętności. I to akurat teraz, gdyby się przydała.
    Kurwa, boję się po prostu. Bo to nie tyle ile nie łatwe, tylko mój zapał szybko studzi strach, że nic z tego nie wyjdzie, że powiedzą, że mój projekt nie ma szans na realizację…

    18:56
    Jak Ty to robisz, że dwoma smami potrafisz wywołaś uśmiech na mojej twarzy…
    A przedewszystkim sprawić, że wszystkie smutki odchodzą…

    18:16
    Plan zagospodarowania czasu, osiąga perfekcję. Spanie do popołudnia, telewizja, wyjście na dwór, posiłki. Tylko jakos nocami mi nie wychodzi. I tak myślę…
    Ehhh… Ten piepszony pc nadal jest w moim pokoju i tylko mnie wkurwia swoją obecnością. Ale zanieść go nie mogę, bo nie mam gwarancji. Ta z kolei jest w rękach osoby, z którą jestem na wojennej ścieżce… Tak, wciąż jej nie przeprosiłem.
    Tylko świadomość, że ona ma coś na czym mi teraz bardzo zależy, trzyma mnie w postanowieniu, by ją przepraszać. Choć przedewszystkim, na razie to mi się nawet nie chce z nią przebywać w jednym pokoju. A co dopiero gadać. Pfff…
    Porażka na całej linni… Lecz muszę się przemóc. Bo muszę, o! A kto ma wiedzieć, to wie czemu, hihi…

    09.05.2006

    23:48
    Jestem wstawiony. To na pewno. Leci nuta z radia. To druga pewna rzecz. Dalej chyba nic nie jest takie pewne i jasne. Ale to nie źle. Chyba…
    W mojej głowie jedna osoba. I robię wszystko, by jej nie było. Śpię do późna, non toper jakieś zajęcie, oglądam telewizję, teraz alkohol…
    Byle o niej nie myśleć. Może to chore. Bo jednocześnie tak jak nie chcę mieć myśli w okół niej, tak samo bardzo jednak chcę…

    01:03
    Nie napisała nic, nawet głupiego dobranoc…
    Smutno mi…

    08.05.2006

    16:40
    No i czuję się… Właśnie – nie czuję się.
    Bo jak można. Nie można. Więc powróciłem do poprzedniego złodzieja czasu – telewizora.
    Niby takie pospolite urządzenie, a jak łatwo czas nam ucieka. Mnie jak zwykle z muzyką. Non toper kanały muzyczne z przerwami na Tvn Turbo.
    I tak lecą sekundy. Za nimi minuty, godziny…
    Wiem – zajebiście ambitne zajęcie. Ale co mam zrobić? Tak, robię. Ale nie miejsce i czas, by o tym pisać.

    18:53
    Niektórzy w tym domu, chyba za cel życia stawiają sobie, ciągłe rozśmieszanie mnie. Bo czymże innym jest głupie unoszenie się honorem czy pretensje do wszystkich w koło, jakimś się jest chujowym?
    No mnie to bawi. Nieprzerwanie od jakiś dwóch, trzech lat, odkąd zacząłem to zauważać.
    Choć powinienem być tolerancyjny, starać się zrozumieć – w końcu to kryzys wieku średniego. Teraz dopiero, tak bardzo, dostrzega się, że nie ma się rodziny, wszystko to praca…
    Przynajmniej mam przykład, jak nie chcę, by wyglądało moje życie. Zdecydowanie nie chcę.
    Ale przeproszę ją. By niebyło, że jestem taki zły. Po za tym, przyznać muszę, że jest mi potrzebna. Znaczy nie tyle mnie. Ale nvm.

    23:38
    Auuu…
    Mam zakwasy…
    Dobrze.

    7.05.2006

    23:40
    Hmm… Normalny czas kolacji. Tyle, że sam ją sobie zrobię. Chyba dzięki tej przerwie, doceniać znowu zaczynam takie drobne przyjemności. Tak, zdecydowanie.
    Ale to przecież dobrze. Kuchania – teraz tu się realizuję, a nie przed komputerem. Gotować kocham, a jakbym o tym zapomniał.
    Na obiad tortille zrobiłem. Zajebista był. Ostra również. Ale i tak full wypas (nie moja opinia).
    Teraz to mam ochotę na krewetki na oliwie z ryżem…
    Ehh, ale nie zrealizuję mojego kulinarnego marzenia, bo świeżych krewetek brak. A szkoda.

    21:31
    Załamany jestem. Nigdy bym nie pomyślał, że jestem aż tak słaby. Lekko ponad trzy kilometry, a ja myślałem, że padnę.
    Każdy oddech bolał. Przez nos nie mogłem oddychać, bo po prostu nie nadążałem. Ucisk w klatce… Niemal ją rozrywał. Boli nadal.
    Przyjemnie.

    20:43
    Czas zacząć realizować „ambitne plany”…
    Przewidywane rozpoczęcie: 21:00
    Spodziewane przeszkody: brak
    Magiczna liczba: sześć (w końcu to początek).

    20:02
    Zmuszony, bo z własnej woli tego nie robię, siedzę i się nudzę. I chyba to smutne. Bo wyszłoby, że bez komputera nie potrafię się odnaleźć.
    Włączyłem go od razu po przebudzeniu. Jak zwykle. Winda się nie zbootowała. Wyświetliło się, że brak jakiegoś pliku i się nie uruchomi. Cudownie.
    W sumie to nawet nie jest tak źle. Tylko nudzę się i tęsknię. Już. A w sumie to tylko kilka godzin. Perspektywa następnych dni mnie zabija.
    Nie ma mnie, jestem ponad wszystkim.
    Na zieloną łąkę – tam chcę.