Wpisy z okresu: 1.2007

    Bosko.

    3 komentarzy

    Chyba nadszedł czas, znaczy mineło go tyle, że emocje opadły do poziomu, gdy jestem w stanie zarejestrować wszystkie myśli, by to tu przekazać. Zapisać, by za jakiś czas wrócić i cieszyć się. Tak po prostu uśmiechnąć się do monitora.
    Matko, nadal nie mogę pisać. Od razu się rozmarzam…
    Normalnie było bosko. Już wiem, jak to jest. Właśnie tak, jak w czwartek i w piątek, hihi.
    Przyjechałaś w zimny dzień. Taki, gdzie było minus 10 stopini, leżał śnieg wszędzie i wiał taki zimny wiatr.
    Idealne warunki do jazdy samochodami, dlatego miałaś poślizg. Ja też.
    Specjalnie wyszedłem innym wyjściem, bo wiedziałem, że teraz będziesz patrzeć w tamtą stronę, z której ostanio wyszedłem.
    Stałem chwilę patrząc na Ciebie. Tak jakby z utęsknieniem patrzyłaś się, wyczekując aż pojawię się w zasięgu wzroku. A ja bum i jestem. nie zauważyłaś mnie, bo wyszedłem za Twoimi plecami. No, w momencie gdy byłaś na wyciągnięcie ręki zauważyłaś.
    I momentalnie zrobiło mi się gorąco. I tak cudnie, jakbym zatapiał się w gorącym budyniu – ciepło dookoła, cudowny zapach, a ja powoli zanurzam się coraz głębiej i głebiej. Tak mi dobrze, że aż mrużę oczy. Ciepło wypełnia mnie całego.
    Nie otwierając oczy, nasze usta spotykają się. Najpierw delikatnie, jakby chciały sobie przypomnieć swój smak, by za chwilę niemal topić się w jedno.
    Takie cudnie czułe powitanie…
    I poszliśmy. Krocząc znów tą samą trasą. Tylko w białej scenerii. A i tak było niesamowicie.
    I jak zwykle, na tych samych światłach zatrzymaliśmy się. Nasze usta, jak zwykle stęskniły sie za sobą, więc musiały znów połączyć się.
    I gdy staliśmy tak wtuleni w siebie, tak, że nawet te zimny wiatr nie był w stanie nas schłodzić, z za pleców dało się słyszęc głos jakiegoś mohera: „Co oni, chyba zamarzli…”. Zaczeliśmy się śmiać, patrząc sobie w oczy. Ludzka zazdrośc nie zna granic.
    Obiecałem Ci, że poznasz bliżej śnieg. No i poznałaś. A właściwie poznaliśmy. Bo nawet chodzić nie umiesz do tyłu. A że jesteś kobietą, to pociągnęłaś mnie w dół za sobą, hihi.
    I upadliśmy razem w białą pierzynkę. Nawet zimna nie czułem. Tylko tak patrzyłem na Ciebie. Na białym tle, ze śniegiem tu i tam.
    A mimo to, że w pierzynka zimna była, wiał wiatr, który ciepły nie był i leżały na Tobie cztery tony, to z oczu biło takie ciepło, że dziwiłem się, że w koło nas jeszcze śnieg był.
    W końcu doszliśmy do mieszkanka. Szybko, szybko i bunkier pod kocykiem.
    Mrau…
    Dzień w kwadrans…
    Dwie godziny w minutę…
    Czas z Tobą pędzi jak szalony.
    Kolejna noc z atrakcjami. A mimo to byłaś tam ze mną.
    A potem ranek. Nie dokładnie taki różowy, bo nieoparłem się pokusie. Wybacz jeszcze raz.
    Ale potem tak cudnie zanurzyć się z Tobą. Ciepło. Błogo. Ty tak blisko. Bosko…
    Tęsknie za tym wszystkim tak bardzo. Chciałbym jak nic innego na tym świecie przeżyć to jeszcze raz. A potem jeszcze raz. I znowu; i znowu. Permamentnie.
    Tęsknię za Tobą.

    .

    2 komentarzy

    Przepraszam.

    Givin’ Up

    Brak komentarzy

    Czuję się jak… Kurwa, nie czuję się.
    Nie wiem czemu, ale sam odgrzebuję przeszłość, to tu, to tam. Nie wiem po co to robię, zero logiki w tym jest.
    Ale mimo tego, że wiem, że miotam się za własnym ogonem to jednak robię to dalej.
    Ciemno za oknami prawie. A ja… ja tęsknię za tymi różowymi chmurkami, które były jeszcze godzinę temu tam, gdzie teraz jest już jeden, wielki, granatowy płat.
    No i chciałbym być gdzieś indziej. Ale nie wiem czy tak do końca mnie tam chcą. Tak jakoś dziwne myśli mam.

    P.S. – Wiecie jaki jest największy plus gorących kąpieli (taki gdzie prawie wrzątek w wannie i cała łazienka tonie w parze)? Nie czuć łez.

    Calling…

    1 komentarz

    Wróciłem.
    Nie wiem co się ze mną dzieję. Nie potrafiłem jakoś się, że tak powiem wczuć. Wszystko było tak blisko, ale nie docierało do mnie. Muzyka, ludzie, alkohol… No, może ten ostatni dotarł. Ale za mało by nie myśleć.
    Więc siedzę. I nie wiem, nie potrafię znaleźć dziś odpowiedenij melodi na ten dzień.
    Czuję się związany przez… ha, gdybym ja wiedział przez co.
    W każdym razie nie potrafiłem tam zostać. Wybłagałem klucze i jakoś wróciłem. I siedzę. Obco chyba jeszcze bardziej niż u mnie.
    Ale przynajmniej cicho. I ciepło. Miłe, takie żółte światło na mnie delikatnie sączy się. W głośnikach cicho pobrzmiewa Skye. Wiem, że już jej dziś nie wyłączę.

    Jeśli widzieliście żółtą kropkę przemieszaczającą się po moim mieście, to byłem ja.
    Jeśli ta żółta kropka przemieszczała się, włucząc nogami, patrząc tępym wzrokiem na chodnik przed sobą, przechodzącą przez pasy nie zważając na samochody i na kolor świateł, to definitywnie byłem ja.
    Pachnę migdałami. Mimo tego, że się przed chwilą wykąpałem. Nadal pachnę Tobą…
    To jest szalone co robimy a jednocześnie magiczne.
    Źle było bardzo, słońce chyliło się ku zachodowi, miałem za chwilę puścić Twoją rękę. I nagle bum. Jak super nowa Ty wybuchłaś, ja spaliłem się.
    Myślałem potem, czy aby źle nie usłyszałem. Ale nie.
    Więc jednak nasza bajka, może być jeszcze piękniejsza. Nigdy w to nie wątpiłem, ba! Wiedziałem to (jak i wszystko inne). Ale chciałem to usłyszeć. I usłyszałem.
    Ha, śmiesznie, mam taką samą minę, jak mówię do Ciebie, byś się uśmiechneła. Matko, to patologia jak się przejmuje zachowania i inne takie od Ciebie.
    Wiesz, mogę się tak spalać codziennie.

    Mrrr…
    Mrau…
    Właściwie to mógłbym mruczeć bez końca mógłbym….
    Tak fajnie, jak wchodzę do klasy, na nic i na nikogo nie zwarzam. Staję przed ławką, leniwie opuszczam plecak na podłogę. Patrzę na sorkę z pod przymrużonych powiek. Ale tylko na chwilę, jakby sprawdzić czy nic do mnie nie mówi. Bo nawet jeśli, to i tak jej nie usłyszę…
    Zdejmuję bluzę, bo gorąco. Nic, że wszyscy ubrani po szyję, zawinięci jak na Arktyce. Kładę ją na ławce i tanecznym krokiem podchodzę do okna. Coś tam ktoś mówi, że zimno – pewnie wiatr. Uchylam okno. Przyjemny, chłodny wiatr chwilę mizia mnie po szyji, by za chwilę zniknąć. Cholera – ogrzał się już.
    No ni, trudno. Wracam podskaując lekko do swojej ławki. Siadam i dokładnie, niespiesząc się, składam swoją bluzę w kosteczkę. Taka miła w dotyku… Nie mal jak Twoje włosy.
    Mimowolnie kładę głowę na niej. Zamykam swoje zmróżone oczy. I puch, już mam Cię przed oczami. Jeszcze bardziej realną niż przed chwilą…
    Dotykam Twoich włosów. Prawą rękę w nie wplatam. Usta na wyciągnięcie języka. Delikatny dreszcz przebiega po moim ciele. A chwilę za nim, taka fala rozluźnienia, pomieszana z ciepłem i błogością…
    I słyszę, jak z zaświatów, że ktoś mnie woła. Cholerna sorka, jakby mówiła coś lepszego od moich wspomnień pomieszanych z marzeniami.
    Ehhh… Ważne, że zostało trochę tej błogości i ciepła. Patrzę na nią tępo i po chwili, siedząc normalnie, ponownie się w tym moim malutkim jeziorku zanurzam.
    I taka myśl, że już nie długo będę pływał w oceanie, wywołuje szczery, szeroki uśmiech.

    P.S. – Nie wiem który już tego słucham…

    I’m hazy about who I am
    It’s like looking for a little piece of heaven
    Just take me away be my guide
    I’m gonna spend my life with you forever

    I wanna feel you
    I’m gonna miss you with all my mind
    I wanna kiss you when I burn from inside out

    My love – let’s forget about tomorrow
    Right now I wanna hold you in my arms
    My love let’s keep away that sorrow
    I wanna be with you and don’t ask me why

    My love – forget about tomorrow
    Right now I wanna hold you in my arms
    My love let’s keep away that sorrow
    I wanna be with you and don’t ask me why

    Jakie to fajne – zamykasz oczy, pod powiekami przebiegają obrazy, a ty mimowolnie się uśmiechasz. To takie.. ehhh.
    W sumie to teraz siedzę i się coraz bardziej denerwuje. Kuwa no.
    Cieszę się niezmiernie, ze ten piepszony 2006 się skończył. Mamy nowy rok. I to będzie mój rok. Teraz ja będę szczęśliwy; to ja będę bawił się wszędzie, gdzie tylko mnie poniesie palec na mapie; i w ogóle będzie w cipę, hihi.
    Man, troszki lepiej. Bo już wiem co nieco. Co nie zmienia faktu, że żyłem przez kilka godzin przez Ciebie w s znacznym stresie.
    Hmmm…
    Sylwester był taki… taki inny, że ach. No wreszcie dobra organizacja. I nie upiłem się (nie było jak dwa lata temu, że zgon koło 22, hihi, pozdro Ciaper).
    No miałem ochotę na wódkę. Na dobrą, czystą 40. I dostałem. I była boska. W ogóle było bosko.
    W sumie najśmieszniejsze było to, że mnie przekonano do wódki z colą. A nie nawidziłem od lat. A tu proszę, nawet dobre. Ale tylko z cytrynką.
    Ogólnie to z małym, takim troszeczkę (hihi) poślizgiem dotarliśmy ostatni. Już nie którzy nieźle zakręceni, a my trzeźwi. Bardzo nie dobrze.
    No ale jakoś tak, sam nie wiem czemu, zebrało mi się na bycie dobrym samarytaninem. Wsadziłem tylko wódkę do zamrażalnika i poszliśmy po fajki na kochaną StatOil.
    Na ból brzucha nie ma nic lepszego niż seteczka wódeczki, a nie jakieś Ketanole. Jak mówiłem, to mnie nie słuchali. Ehhh, XXI, wszystkim tylko prochy w głowie. A stare sposoby są o wiele lepsze. No ale niestety, uparła się, no to dostała.
    No w każdym razie, picie spokojnie się rozpoczeło. Znaczy na wstępie zarwałem karniaka, sztuk dwie (i dlatego właśnie lubię pić z H.). Tylko, że tylko ja dostałem. Bo nie wiem, ale chyba nie przewidział, że moja osoba towarzyszacą, też pija czystą.
    Znaczy ona mówi, że nie pija, ale sama prawie mi karny kielon wyrwała, stwierdzają, że jednak się napije. No i H. się troszki zmulił, bo jego towarzyszka nie pija i troszki na innych falach nadawali, ale to nic.
    No w każdym razie imprezka się rozkręcała i w ogóle cool. Postanawiając jeszcze sobie zapalić, udałem się w tym celu na balkon, co by siekiery w domu nie robić. A na balkonie już jakąś laska się reaktywowała. W ogóle pogadalimy tam sobie i spiepszali szybko, bo jeszcze mało alko we krwi i zimno było.
    Utwierdziłem się w przekonaniu, że straszny gust muzyczny masz. Ale to tak tylko btw, hihi.
    Ale ruszasz się bardzo pozytywnie, mrau… Największy własnie plus domówek to to, że jest czasem taka naga ściana, prawda…
    W ogóle jedyne co zjebali, to muzyka. Było jakiś housowy secik puścić, a nie jakieś tam disco polo czy inne 50 Centy. No ale już się nie będę czepiał.
    Nawet w pewnym momencie udzielałem porad sercowych. Na balkonie, gdzie przesiadywała elita z fajkami. I jakiemuś gościowi tłumaczyłem, by ruszył się i pogadał z tą swoją dupą, a nie unosił się męską dumą. No i tak mu to tłukłem do głowy, aż wreszcie się ruszył.
    Skończyło nam się alko, więc udałem się w celu uzupełenienia do kuchni, w której była lodówka, a na jej górze zamrażalnik, a w nim moja ukochana Finlandia. Ale w kuchni, była też rzeczona para, która wymieniała zdania i wzajemne pretensje. No i musiałem lawirować z flaszką między nimi a lodówką. I tak w duchu się z nich się śmiałem. Man, jakie ludzie to mają problemy…
    Jednak to wszystko nie zmienia faktu, że jesteś nie dobra. Wolałać jakiegoś Lecha ode mnie, pfff…
    Ale pobudka była mistrzów. Nawet nie wiem która to była na osi. Po prostu wiem, że się obudziłem, a potem wcieło mnie na kilka (kilkanaście?) godzin.
    Bosko…
    Ani się nie obejrzeliśmy a było już znów ciemno… I prądu nie było, hihi. S. w mega desperacji (bo komputer nie działa).
    I potem trochę nerwówki. No i w końcu odkrycie kolejnego, bardzo poztywnego i jakże uroczego miejsca w domu – kuchni…
    Niby traktujemy ją tak, że jest, gotujemy w niej szamę i wszystko. A to nie wszystko. To takie przyjemne miejsce, gdzie jest ciepło (zwłaszcza jak zamiast kaloryfera, działają dwa piecyki, o sile kilku reaktorów atomowych), a nawet czasem wręcz duszno i parno. Może i nie najwygodniejsze, ale wystarczy się troszeczkę postarać, a stanie się cudnie przytulne.
    Szalone dni. Hihi, tak zdecydowanie zapamiętamy je. Bo to wszystko, to było jedno, wielkie szaleństwo. Ale cudne szaleństwo, do którego zawsze moge chętnie wrócić.
    Fajnie tak iść i prawie z dokładnością szwajcarskiego zegarka, co minutę wycierać Ci oczka, bo mokre. Normalnie jak ze staffu Toyoty, przecierałbym Montoy szybkę w kasku. Dziwnie trochę, ale jak orginalnie. Ot tak po prostu, po prostu lecą jej łzy, a Ty już nawet nie musisz patrzeć by wiedzieć, że one są tam i je przecierasz. Ale patrzysz. Bo lubisz na nią patrzeć. I lubisz zlizywac jej łzy.
    I bardzo polubiłem stawanie przed pasami. Już mi się nie spieszy, nie biegnę, by zdąrzyć na mrugającym, zieonym ludku. Bo po co? Stanie i czekanie, może być bardzo przyjemne.
    Nie wiem, ale Ty chyba potrafisz sprawić, że nawet najbardzej standardowa i rutynowa rzecz może stać się nie samowitym przeżyciem. Albo takie zwykłe sprawy nabiorą usmiechu. To cudowne, jak można zaczarować zwykłe chwile…
    I nie wiem jak, ale czuć ciepło, nawet przez kurtkę, bluzę, koszulkę… Mimo takiej bariery, to jednak bije od Ciebie z niesłabnącą siłą. I właśnie to jest najlepsze, że to nie pojęte. A ja nie chcę nawet wiedzieć czemu tak jest. Po prostu jest dobrze i nic więcej się nie liczy. Po co zaprzatać sobie głowę pytaniami: „Czemu tak jest?”; „Ile to będzie trwać?”. Nie, nie zycie chwilą, bo wiem, że to bez sensu. Takie po prostu cieszenie się z (że tak powiem) pierdół. Ot, właśnie na ten przykład z tego, że czuć jak skóra paruje Ci nawet przez taką stertę ubrań.
    Zawsze marudziłem na mój dworzec. Nawet nie. Po prostu on był, a ja nie zwracałem specjalnie na niego uwagi. Bo w sumie jak się go mija codziennie, to przestaje się go widzieć. Patrzy tepo tak jak i na inne budynki i nie zwraca się specjalnie na niego uwagi. Bo i tak, od ponad dziesięciu lat jest taki sam, nie zmienił się nic. A mimo wszystko, wiem, że jak za chwile będę przejeżdżał koło niego, to będę na niego patrzeć z tak… nie wiem jak to określić… takim wzrokiem, jakim patrzę na Subaru Imprezę. Bo taki dworzec jest jeden na świecie…
    Na razie tyle. Nie mogę więcej, bo gonią mnie do szkoły, a jak napiszę więcej to się tylko rozmarzę i będę chciał zostać, co równa się temu, że Ty też będziesz musiała zostać… Nie, nie może tak być. Do szkoły!
    Z uśmiechem na ustach…

    P.S.
    W kilka godzin poznałaś to, czego niechiałem pokazać. Jaka tak na prawdę jest moja rodzina; to, że w sumie nie mam domu; że w głębi, tak głęboko, jestem mały i zagubiony…
    I zrozumiałaś. Przytuliłaś. Nie wziełaś do siebie tego, co ona mówiła. I powiedziałaś, że wszystko będzie dobrze. Dziękuję.
    Siedzę sobie teraz na polskim. No i tyle. Bo nie wiem co się w koło dzieje, nie wiem co mówi sorka – wszystko zlewa się w jeden, wielki deszcz i spływa po mnie.
    Wiesz, że myslę o Tobie. Uśmiecham się, przypominając sobie jak fajnie było umyć Ci włoski. Hihi, mówiłem, że w końcu będą pachnieć moim szamponem, a nie farba.
    W ogóle to mysli mi wędrują na kredyt z ulotki. I na dzisiejszy sen. Cudnie by było, gdyby to jakimś cudem się ziściło. Ot tak, zamknął bym oczy i bum, już mam. Jeden do Ciebie telefon, jeszcze większy spontan i szybko, byle już, teraz… I zasnąć, choćby na gołej podłodze…