Wpisy z okresu: 3.2007

    Właśnie. Idę z przeświadczeniem, że kupię płyty. Tak też robię. Ale w kieszeni czują ciążącą piątkę, wziętą sam nie wiem po co. Kieruję się na stoiska z owocami paczkowanymi. Kupię mamie morele, niech się cieszy.
    I tak przemierzając ten wielki korytarz, wyłożony kafelkami, zastanawiałem się co Ty lubisz, tak najbardziej. I po co tak kiedyś będę chodził Ci po nocach. Sam. Bo potrzebne mi takie samotne spacery. Tylko muzyka z playera mp3 wypełniająca całego mnie, noc w koło. Coraz mnie ludzi i samochodów. Ale nie dziś…
    Z racji tego, że dziś piątek, w centrum handlowym do którego się udałem było ludzi w chuj (żeby nie powiedzieć za dużo).
    Dużo rodzin z dziećmi (właściwie to nie rozumiem na jaką cholerę brac dzieci na zakupy, właszcza przed weekendem, po całym tygodniu zjebanania?). Młodych rodzin. I patrzyłem na nich z politowaniem. Widziałem jak te bachory darły ryje i w ogóle były zdegustowane wszystkimi i wszystkim. Szczęście, że nie słyszałem, bo bym rozdeptał chętnie jak robaka. Niecierpię jak to coś drze ryja, bo mu starzy nie kupili lizaka. Kurwa aż żal dupe ściska. Zawsze kupuję to czego on nie może dostać i rzucam ostentacyjnie na taśme tuż przed jego nosem – momentalnie zamyka ryj.
    Jednak gdy tak szedłem, zupełnie inne myśli mnie nachodziły. Jak to będzie kiedyś tam, jak tak będę miał swoje dzieci. I w ogóle jakoś tak inaczej mi się wydaje, że będzie.
    Niby byłem tak krótko, a zdążyłem pomyśleć, a raczej zastanawiałem się jak to będzie. Jak zachce Ci się czegoś po nocy. Albo czegoś nam zabraknie. I w ogóle inaczej zacząłem patrzeć na te regały zajebane całe wszelakimi pierdołami – co będzie w naszym domu…

    Wysiadła z autobusu, oniemiałem z zachwytu. Mieszane uczucie zaskoczenia z całkowitą aprobatą i odmórzdzającym napływem gorąca.
    Niby ta sama, a jakże inna. Pociągająca jak zawsze, a teraz jeszcze dodatkowo taka śliczna. Choć niby nic specjalnego, a jednak tak uroczo wyglądała. I ten „sprany” kolor. I jak zawsze, wielkie, zielone jeziorka z cynamonowymi brzegami…
    Pierwszy raz od ponad roku płakałem. I choć to było w sumie kilka łez, nie trwało to dłużej niż trzy minuty, to było mi tak dobrze, tak czułem się bezpieczny w jej ramionach.
    Wtuliłem się, a ona przycisneła mnie mocno do siebie i tuliła, nic nie mówiąc. Głaskała mnie po głowie, a ja wypuszczałem z pod powiek kolejne krople łez. Czułem nie mal jakie są ciężkie. Nie było łatwo, jednak cieszę się bardzo. Od tak dawna chciałem płakać.
    Trudna opowieść z przeszłości. I tysiące myśli w głowie. Od tych nie fajnych do tych najgorszych. Choć napięcie we mnie sięga zanitu, tule i głaszcze Cię po głowie, próbując uspokoić oddech. I czekam. Bo wiem, że przeszłość nigdy nie jest łatwa. Jednak na szczęście (a właściwie szczęście w nieszczęściu), najczarniejszy scenariusz okazł się tylko moją fanazją. Co nie zmienia faktu, że znacznie się postresowałem i kilka milinów komórek pewnie umarło.
    I w ogóle, jak ten czas zaczął szybko płynąć… Bum, zaraz minie kwiecie i maj. A w maju jadę na wieś, zwiedzać, hihi.
    Więc teraz chodzę do mojego zakładu karno-opiekuńczego. Ba! Chodzę do niego z uśmiechem na ustach.
    I jak zwykle mając niebywałe szczęście, nie mam tam przejebane (ehhh, polski system oświaty, gorzej niż syf).
    Chcę mieć samochód. Nie to, że już, ale pragnienie wzrosło i telportowało znacząco do przodu samochód, jako marzenie i tak o to znalazł on się w ścisłej czołówce.
    A teraz idę tęsknić dalej, wdychać Twój zapach i śnić jak topię się w tym zielono-cynamonowych jeziorkach.

    P.S. – Statua Wolności stoi…

    Ok, niech będzie ja jestem ten kurwa zły. Wszyscy już zadowoleni? No to w cipę.

    Kurwa! Jebany backspace, nie ma gdzie leżeć? I głupi blog.pl. Nawet kurwa nie zapamiętuje tego co tu się napisze i cofnie. Matko, to nawet najbardziej wujowe forum ma taką opcję, omg.
    Ehhhh, człowiek już z rana musis się wkurwić. Ale ok, walić to, napiszę jeszcze raz.
    Dni lecą jak szalone. Przeciekają mi przez palce całe tygodine. Godzina za godziną mija, a ja nawet tego nei zauważam.
    Czekam tylko na ten jeden dzień, gdy znów będę siedział na oparciu ławki i patrzył na 25 Czerwca. I potem na drzwi, z których Ty wyłonisz się.
    I wtedy czas będzie płyną jeszcze szybciej, jakbym mrugnął, a Ty już jedziesz. Ale to nie ważna, bo czuję ten czas.
    Jeszcze cztery dni, hihi.
    W ogóle, bardzo miłe zaskoczenie ostatnio. Nie, że ludzie czytają to co tu piszę; nie, że jeszcze komentują. Bo tak szczerze, to mnie to wali, zarówno to, czy ktoś to czyta, jak i to, czy ktoś to komentuje. Bo to moja przystań, gdzie mogę sobie bić pięściami w ścianę aż do krwi, krzyczeć jak głośno i jak długo mi się podoba, połykać małe, słone dziwki. Wszytko mogę i nikt mi nie będzie mówił co mam robić. To wszytko moje. I tylko moje.
    Zaskoczyło mnie to, że tak wielu ludzi odnajduje się tu. Przeżywają to co ja tu przeżywam. Dosłownie cieszą się ze mna i płaczą też ze mną. Jakie to dziwne, prawda? Popierdolone, wręcz można powiedzieć. Ale jednocześnie jakie urocze…
    Idzie wiosna. A ja jej nie chcę. Bo po co? A niech będzie taka chujowa jak zima, której nie było. Brakowało mi jej. Jak można żyć bez minus piętnastu i dwudziestu centymetrów śniegu? Buuu, ja nie chcę i nie umiem.
    No ale zaczyna wiecić słońce. Choć słabo, to doceniam, że się stara. A teraz, przez najbliższe pięć – sześć miesięcy, permanentnie house (latino, electro, vocal itp., itd.) w głośnikach.

    Jakoś tak, tych dziwnych jazd. I to na trzeźwo. Na czwartym piętrze pewnego dawnego dobrego ziomka. Tak po ludźku tęsknię za tym.
    Nie ma już jarania na trzepaku. Nie ma picia bru w piwnicy. Nie ma wciągania chmury na ławce przed kościołem. Nie ma już nic…
    Czy to zawsze musi się kończyć? Nie to, żeby jakoś zajebiście żałował, ale tak jakoś żal mi jest tego, że wszystko się rozpierdoliło, każdy poszedł w swoją stronę. Szkoda.
    Może kiedyś, całkiem przypadkiem spotkamy się w supermarkecie czy coś. I co wtedy? Poudajemy, że wszystko u nas jest w cipę, jesteśmy panami życia, pójdziemy na wódkę, powspominamy stare czasy i rozstaniemy się ze swoimi numerami i zamiarem powtórzenia tego. Ale skończy się tylko na obietnicach.
    Nie wiem co mnie wzieło. W ogóle siadłem z zamairem napisania czegoś innego, a tu bum i mi się przypomniała moja osedlowa paczka.
    Zawsze w tle było osiedle, bloki… ale one stanowiły tylko tło dla nas. Dziś jest odwrotnie. Nie ma nas, są bloki. I właśnie siedząc tak w nocy, patrząc, jak gasną światła w poszczególnych oknach myślę. I wydaje mi się, że wszyscy dorośli a ja zostałem…
    Nie inaczej. Wszyscy robią prawo jazdy, uczą się, pracują – a to wszystko by pokazać jacy są dorośli. Żal.
    Ciekawe jacy by byli dorośli, gdyby znaleźli się w mojej sytuacji, jeszcze kilka dni temu. Zmartwienie mieszające się z dziwną, bo niespodziewaną radością. Ale z jakim pociągiem odpowiedzialności. I nie było by, że co mnie to obchodzi. Tylko trzeba było by z dnia na dzień dorosnąć. I choć niespodziewałem się tego po sobie, bo lubię swoje popierdolenie z odjebaniem, to byłem na to gotów. Bez żadnego przygotowania, ot tak z miejsca, mogłem, że tak powiem dorosnąć.
    Choć może to złe określenie. Nigdy nie dorosnę. Zawsze będę zachowywał się jak dziecko, jak mi się wyłaczy moją muzykę – zareaguję złością i jak mi się jej nie włączy spowrotem – płaczem. Lubię być infantylnym. Czasem.
    Jednak wiem, że jestem już w pełni gotowy żyć po swojemu. Choć nikt mnie o to nie podejrzewa, jestem odpowiedzialny. Umiem dbać o innych, obchodzić się z kasą. W ogóle chcę żyć i iść moją drogą. Położyć widelec na kaloryferze i by nikt go stamtąd nie ruszył. Wtedy poczuję się wolny.
    Próbuję zrozumieć sam siebie. Czemu tak nagle, czemu właśnie teraz. I nie wiem. Choć, nie, raczej wiem. Dzięki Tobie.
    Bo to takie miłe, jeśli gotów jesteś iść po bułki, w zamieć śnieżną, przy minus piętnastu stopniach, w nocy, ale jakoś tak pytasz czy nie poszła by z tobą, a w odpowiedzi otrzymujesz taki ciepły uśmiech, że śnieg się topi i jeden równoważnik zdania – tak. To takie miłe.
    Wszystko, a na pewno większość mam już poukładane w głowie. Co, gdzie, jak i w ogóle. Teraz tylko chyba pozostaje mi modlić się jak te wyobrażenia wprowadzić w życie. Bo to nawet niechodzi o to, że one nie są tanie. Bo nawet na tanie nas nie stać…
    Więc na razie żyję tymi dniami, tymi dobami plus godzina, gdy jesteś na wyciągnięcie ręki. I gdy patrzę na zegarek, to kazda sekunda jest jak mała igiełka wbita w ciało, każda minuta jak sznit zrobiony skalpelem, a każda godzina jak wyrwany paznokieć. Bolą, bo nieubłaganie płyną.
    I nie myslałem, ze kiedykolwiek tak pomyślę, ale cały świat mógłby przestać istnieć, wszyscy mogli by zatrzymać się jak w filmie na stop klatce. A my, moglibyśmy żyć nawet u mnie. Rodzine by się wyniosło do piwnicy, hihi. I wiem, że było by mi dobrze. Nie brakowało nikogo. Karmiłbym się cały czas Tobą…
    I dopiero gdybym się najadł, mógłbym puścić dalej ten film, zwany życiem.
    Bo jak na razie, to nadal jest pierdolone życie i nadal nim rzygam. Oprócz (najczęsciej) trzech dni w miesiącu.