Wpisy z okresu: 11.2007

    Light.

    3 komentarzy

    Bo ja tak chyba na prawdę nie umiem napisać jak to było. Jak smakują z Tobą tosty, jak czuję się gdy budzę się obok Ciebie (bo z Tobą w ramionach nie mogę, bo się za bardzo rozpychasz, hihi) czy jak nieziemsko wyglądasz zanurzona cała w wodzie. Tak niesamowicie smakować codziennie Twoje ciało, rokoszować się deliaktnością Twoich ust.
    Kładłem się gdy już spałaś. Zawinięta czasem w kłębek a czem rozwalona na całym (niemałym, hihi) łóżku. I zawsze Twoja twarz jest taka delikatna, taka spokojna. Czasem grając czy robiąc coś na kombie odwracałem się w Twoją stronę… i już nie mogłem nic robić. Wyłączałem wszystko. Czasem siedziałem tak nadal, spowity ciemnością, nie ruszając się, byś się nie obudziła. A czasem, gdy miałaś główkę na skraju łóżka powoli wstawałem i siadałem na podłodze. Tak blisko. I patrzyłem jak Twoje nagie ciało cudownie odznacza się pod kołdrą. Jak miarowo w sumie oddechów unosi się i opada. Jak Twoja twarz wygląda tak niewinnie. Gdy już nie mogłem się powstrzymać łaskotałem Cię delikatnie po kąciku ust. Samym koniuszkiem palca. Łaskotało Cię, ale spałaś dalej. A ja robiłem to dalej. Aż w końcu budziłaś się. Zawsze odsuwając głowę do tyłu i patrząc tymi swoimi wielkimi, zielonymi jeziorkami o cynamonowych brzegach na mnie. Gdy pierwszy szok po obudzeniu mijał uśmiechałaś się i szeptałaś czule: „Kochanie”. Nie mogłem już się powstrzymać i wchodziłem do Ciebie pod kołdrę.
    Oplatałaś mnie nagim, gorącym ciałem. A ja zimny jak diabli. Nie protestowałaś (znacznie) gdy kładłem zimne dłonie na Twoich plecach czy pośladkach (jedynie uda były nie do przyjęcia, czym kiedyś o mało nie przepłaciłem kopniakiem z kolana między nogi). Twoje ciepłe dłonie obejmowały moje ramiona, piersi rozgrzewały mój tors a gorący oddech kark. Po chwili płonąłem i musiałem się odkrywać, nie przyzwyczajony do takiego gorąca. Ale po chwili wracałem, bo wolałem się spocić niż spać choćby o milimetr dalej niż mogłem.
    I pierwszy raz nie miałem oporów by wyjść, by przesiedzieć tyle ile powinienem. Bo wiedziałem, że wrócę i Ty tam będziesz. I czas leciał wtedy jak szalony (z Tobą zresztą też, ale akurat tam jak najbardziej było i jest to wskazane). I wracałem. Licząc niemal każdy krok. Wchodziłem, a Ty stałaś w przedpokoju albo siedziałaś u mnie w pokoju, słuchając muzyki i nie słysząc dzwonka. I tak czy tak zawsze to takie ciepłe powitanie, tak czule i tak jakbym miał to codzień.
    To jak prężyłaś się pod moim dotykiem, jak drżałaś i jak oraz co jęczałaś zostawimy dla siebie. Ale świadomość, że w każdej chwili mogę Cię mieć, mogę dotknąć każdego centymetra Twoejgo ciała była cudowna.
    Szkoda tylko, że nie umiałem wcześniej wstać; że nie mogliśmy się sobą więcej nacieszyć. Nie to, żeby nocne rozmowy czy mówienie sobie jak się uwielbiamy przeplatane pocałunkami było złe, nie, nie. Lecz chciałbym też wstać, zrobić śniadanie, obudzić Cię i chociaż raz patrzeć jak Ty jesteś nie wyspana i mieć problemy z dobudzeniem Cię. Ale niestety jako zwierzę nocne, to ja zawsze zalegiwałem w łóżku kiedy Ty już byłąś umyta i gotowa to śniadania. No ale juz chyba tak pozostanie (chyba, że przekonasz mnie jakoś do chodzenia wcześniej spać).
    Upewniłem się w jednym. To Tobie ufam najbardziej. Ty jesteś „tą”. To dla Ciebie będę zabijać. Ty jesteś boginią moich świątyń. To z Tobą w ramionach nie myśle o śmierci. I nie boję się jej już.

    HFMC.

    4 komentarzy

    Już wiem, czuję przez skórę, że to będę kolejne, pierdolone święta jebanego Bożego Narodzenia kurwa, a nie Święta Bożego Narodzenia.