Wpisy z okresu: 1.2008

    1st

    2 komentarzy

    Zapomniałem.
    Przepraszam.
    Zapomniałem jak to jest kochać się z Tobą. Jak to odlecieć w Twoich ramionach w kulminacyjnym momencie. Jak zatopić się w Tobie w głębokiej, bassowej pulsacji. Jak to jest zanurzyć się w breakoucie owinięty delikatnymi stringami.
    To wszystko zapomniałem. Ale Ty jesteś taka, że wybaczasz zawsze. Ba za każdym razem coraz bardziej Cię czuję. Więcej i więcej dajesz z tego samego. Niesamowita jesteś.
    Patrze przez okno. Otulony delikatnym głosem tak kontrastującym z delikatnie pulsujacym basem w tle. I tym hi hatem. Tak na prawdę nie liczy się nic. Słyszę tylko Ciebie. Choć na słuchawkach. A tak lubię jak otulasz całe moje ciało. No ale nie mieszkam jeszcze niestety sam by móc kochać się z Tobą kiedy tylko chcę.
    Czerń za oknami, wokół też. Nawet gwiazdki zgasiłem. Wkurwiały mnie ich kolory, takie mocne, kolorowe. Chcę czerni. Chcę spokoju. Czy ja nie mogę mieć chciaż jednej nocy w tygodniu dla Ciebie… Sam na sam, choć przez kilka godzin. Czy to tak dużo…?
    Chcę Cię dotknąć. I dotykam. Nie przestajesz posuwać się do przodu. Stajesz sie coraz bardziej śmiała i… nagle zamierasz w sekundzie by opać na mnie szybko, intesywnie, ze zdwojoną siłą. Nie mogę się otrząsnąć, poddaję sie Twojej woli. I zanurzam się jeszcze głębiej w Ciebie.
    Tak bardzo uwielbiam jak burzysz powietrze. Jak pędzisz i uderzasz we mnie, nie mówiąc nawet, że Ci przykro. Nie… Ty uśmiechasz się jeszcze i robisz to ponownie… i ponownie… i ponownie… I gdy już myślę, że tak będzie cały czas, zaskakujesz mnie czymś innym; czego się nie spodziewałem. Przeskakujesz na pulsujące niczym światła tony. I męczysz mnie nimi. Uwielbiam gdy to robisz.
    Znam Cię na wylot. Dokładnie. Od początku do końca. Ale za każdym razem, w tych samych momentach, a czasem w zupełnie innych tak bardzo mnie zaskakujesz. Jak by to było nasze pierwsze spotkanie…
    Nie mogę bez Ciebie. Słyszę co chwilę jak mnie wołasz. I dziś do mnie dotarło. Jestem. Weź mnie. Uderz mnie tymi niesamowitymi stringami, wklep mnie w ziemie głębokim, pulsującym bassem i popraw wysublimowanym basslinem. Dorzuć do tego też tą zakręconą perkusję, transowe hi haty i inne ozdobniki. Tuż za uchem.
    Czasem boję się – takie krótkie życie, a tyle jeszcze nie smakowałem. Ale obiecuję Ci – znajdę dla Ciebie czas. Nic się nie liczy tak jak Ty.

    Jak bardzo chciałbym skłamać, że wczoraj nic nie było; że dziś nic nie było.
    Zamknąć oczy i otworzyć je, obudzić się w swoim łóżku. Wstać, włączyć pcta i odkryć, że all ok. Ale nie pisane mi jest. Jakiś chuj, który pisze scenariusz mojego życia, ostanio usinie chce ze mnie zrobić ostaniego skurwysyna. I całkiem nieźle mu idzie.
    Czułem się jak dziwka wracając do domu. Szybko do wanny. Byle zamoczyć się w wodzie. I jak najprędzej umyć się. Miałem ochotę pumyksem zetrzeć do krwi skórę. I choć już nie pachnę, to nadal brzydzę się sobą, gdy na siebie patrzę.
    Potem rozgrzany siadam nagi na łóżku w zimnym pokoju. Chcę by potrącił mnie samochód. O niczym innym nie marzę. Ale żaden jakoś nie przyjechał.
    Połknąłem kolejną porcję roztworu soli z rzęs. Trzęsły mi się ręcę. Ale trochę tylko. Bo w sumie ja nawet dobrze nie pamiętam. Starałem się być opanowany. Jak zwykle wyszło mi dobrze, ale mama i tak wiedziała, że coś nie tak. Ale odpowiedziałem, że wszystko dobrze, tylko jestem zmęczony. Wiem, że zrozumiała by, a nawet jeśli nie to wysłuchałaby. Ale ona wie, jak D. mnie kocha. A ja na prawdę nie potrzebowałem kazania. Bo to co by powiedziała plus wiele więcej dobrze wiem sam.
    Gdybyśmy razem mieszkali… Przyszedłbym i najpierw wypłakał się w Ciebie. A potem patrząc Ci w oczy powiedział, że nie jestem Ciebie wart. Bo w sumie nie jestem.
    Nisko upadłem. Bo to było pstryknięcie palcami. A ja nigdy nie schodziłem poniżej pewnego poziomu. Ale przynajmniej znam prawdziwe znaczenie słowa zeszmacić.

    Siedzę i tak te zwrotki ze mną cały czas (refren nie):

    „Niech znikną, niebo i ziemia i wszystko,
    Co powinno cieszyć mnie, dziś już nie potrafi.
    Wszystkie drzewa niech swą zieleń stracą,
    A słońce zgaśnie w środku dnia.

    (…)

    Niech zwiędną, barwne pola kwiatów,
    Ich zapachem duszę się, bo nie są dla mnie.
    Niech runą, wszystkie piękne miasta,
    Już zachwytu we mnie brak.

    (…)”

    Fk!!!!!!

    2 komentarzy

    Kurwa!
    Pierdolona isomnia!
    Pierdolona Vectra, która ogranicza p2p! *
    Pierdolone 324 kilometrów!
    Pierdolona matka chrzestna!
    Pierdolona zima bez śniegu!
    Pierdolony zasilacz, który ma o jebane trzy centymetry za krótki kabel!
    Pierdolony gówniany design blog.pl i te debilne debaty!

    P.S. – Tak, wiem kurwa, że wszyscy tęsknili za takim Rofem. Uwaga, wrócił.

    * Z tymi kurwami to wkraczam na wojenną ścieżkę. Skończył się dobry wujek Rof.