Wpisy z okresu: 6.2008

    Padł.

    Brak komentarzy

    Najbardziej lubię się relaksować w łazience. Nie koniecznie w wannie. Byle by woda do niej leciała. Ten huk wody, który izoluje wszystkie dźwięki z zewnątrz mnie uspokaja.
    Nocą to już w ogóle inne doznanie. Całkowity spokój. Nikt się nie kręci po domu.
    Czuję moje perfumy. Szyję mam nad wodą i po całym dniu nareszcie je czuję (nielicząc tych kilku sekund zaraz po użyciu).
    Dziwne, że odkrywam to an nowo. W trochę innych okolicznościach byłoby to raczej stratą czasu. A tak to jakby powrót do korzeni.
    Nawet wyjątkowo kurek od ciepłej wody posłucznie współpracuje. Sącze z niego ciepła wodą. Nie gorącą, nie mam ochoty na saunę.
    Tak na prawdę nie wiem co napisać. Czuję się zagubiony (sic!). Zasilacz po ponad trzech latach zaczął stroić fochy, skutecznie uniemożliwiając mi zrobienie czegokolwiek.
    Zastanawiam się czy to już uzależnienie…

    Time.

    Brak komentarzy

    Tyle czasu, a na nic czasu. Paradoks, który mi teraz nie potrzebny. Bo mam czas, całe dnie, ale… Właśniem ale jakoś go nie mam. Wiem, że jet, bo budząc się, mam go w chuj. Ale brnąc w dzień coraz bardziej zdaję sobie sprawę, że on spierdala* a ja nic nie robię. Niby ktoś powie, że nie mam nic do roboty. Jednak zgranie jakiś 100 gb muzyki z wcześniejszym posortowaniem według gatunków i rodzajów, zmiana tagów i nazw plików oraz folderów to już coś. I to najpilniejsze, bo coraz mniej miejsca na dyskach.
    Nie mam czasu ani motywacji by zwiększyć rating w ET. Choć zawsze chciałem być w pierwszej setce, jakoś straciłem motywację.
    Do dziś nie skatalogowałem wszystkich płyt (filmów, albumów, singli, gier i programów). A przydałoby się by nie było dubli.
    Ktoś powie, że to nieistotne pierdoły. A ja na to, że jebie mnie to. Obecnie to istotne dla mnie z różnych przyczyn, a nie mogę w żadnym z tych tematów się poruszyć.

    * zauwazyłem, że jak jestem zły/zyirytowany/wkurwiony, to więcej bluźnię.

    Survival.

    4 komentarzy

    Zachciało mi się kurwa… Trochę „odpoczynku” od miejskiej dziczy. No to pojechałem na „wieś”. Miałem sobie spływać kajakmi po rzeczce, uprzednio chwilę pomykając po jeziorku – fajnie nie? Ale tylko to to fajnie brzmi…
    W rzeczywistości nie jest już tak różowo. Napierdalają Cię plecy tak bardzo, że masz ochote płakać, ręce są cały czas zaciśnięte a próbowa ich wyprostowania skazana jest na porażkę, jesteś brudny, ale nie czujesz tego, bo padasz na ryj ze zmęczenia tylko w momencie napełnienia materaca, na którym śpisz.
    Było zimno, uczucie to potęgowała woda, która skapywała z wiosła i wsiąkała w jeansy a wiatr niemiłosiernie przewiewał je aż do kości. Tak, gdyby było ciepło, to wszystko może by tak nie doskwierało (bo nie mówię, że by nie było całkowicie). A tak, nawet na piwo nie miałem ochoty.
    Jednak moja kobieta, staneła na wysokości zadania i przy pomocy maści bursztynowej (sic!) wymasowała mi plecy. Potem przytuliła i cierpliwie wysłuchała mojego marudzenia (a jak coś mi się nie podoba potrafię być nieznośnie marudny, hyhy). No na obiad był makaron z sosem, który trochę podbudował.
    W sumie łyknąłem te trzy dni. Pierwszego trochę było, no dobra – trochę bardzo ciężko, kierować kajakiem. Pływaliśmy zygzakiem po jeziorach. Pani D. jednak nie potrafiła docenić otaczającej jej flory i fauny i bardzo się irytowała za każdym razem gdy wpływaliśmy w trzciny. Ja jednak miałem czas popatrzeć na różne robaczki, co dało trochę funnu. Nie wspominając o operacji oddania piwa dołem na środku jeziora (no środek środka to to nie był, ale byliśmy przy brzegu na środku). Drugiego było w miarę. Rano naleśniki – to było coś, co zdecydowanie pomogło. I to bardzo. Trzeci był zły – wtedy było najbardziej zimno, najbardziej mokro i dodatkowo padał deszcz… Za to czwartego, gdzie mieliśmy tylko mały kawałek do przepłynięcia, świeciło słońce jak głupie, tak, że sobie łapki spaliłem), było ciepło, jak w lato iw ogołe cool. No i oczywiście tego dnia oddawaliśmy kajaki. Jakby nie mogło być takiej pogody przez cały spływ.
    Nasz kajak okazał się najcięższy. Chyba za dużo ciuchów i szklanych opakowań. Zresztą nei wiem. Znaczy ciuchów na pewno za dużo. W każdym razie nasz kajak zyskał miano „ciężarówki”. Zanużenie też miał spore. W ogóle był długi i dość wąski. Sterowanie nim to był istny koszmar. No i pierwsza konfiguracja – ja z tyłu, pani D. z przodu nie zdała egzaminu. Odwrotna była lepsza.
    Ogólnie było drętwo, na pewno z mojej strony, bo inne kajaki chyba nie miały z tym problemu. Jednak zmęczenie, ból oraz zimno jakoś mnie nie nastrajało „zabawowo”.
    Ogólnie – nigdy więcej. No może na taki spływ jaki pierwotnie uważałem za spływ, czyli wartki nurt, zimna i czysta woda, ciepło i walka z prądem. A na takie nigdy kurwa więcej.