Wpisy z okresu: 2.2010

    Chciałbym móc mieć pretensje do mamy, że mi nie powiedziała, że życie może się zrobić takie ciężkie. I tak się skomplikować. Nie ważne, że tak się stało na moje własne życzenie.

    Domu już nie ma. Jakby nie było rozpierdoliły się wszystkie moje wyobrażenia o nim. Choć przynajmniej wiem, że nie ma tu przystani bezpiecznej. I raczej nigdy nie było. Brutalna prawda, ale dobrze, że kurwa wreszcie to wiem.
    Jest on. Mój Ocean Szarości. Mój i nikogo kurwa więcej. I on mnie tuli, gdy źle; on mnie tulił dziś. I chciałem upaść, tak dosłownie. Chodziłem po nim i szukałem kogoś komu mógłbym dać w ryj i kto dałby mi. Bym mógł upaść, w biały śnieg. I broczyć na niego krwią. Patrzeć jak miesza się z tą bielą. Jak brudzę to idealną kołderkę. Ale nikt się nie napatoczył. A nawet 22 nie ma.
    Zapomniałem jak lubię upadać; jak to jest iść paląc te małe dziwki, ze słuchawkami po moim Oceanie, uśmiechając się do zimnego podmuchu.
    Te wszystkie małe przyjemności zapomina się. A tak na prawdę one ciągle we mnie, kocham je. Nie chcę a może nie potrafię się od nich uwolnić. Do tego dodać to, że jestem tu sam i mogę się poużalać sam nad sobą. Bo przecież świat jest zły a nie ja. Och jak dobrze się tak po okłamywać choć przez chwilę.
    Łudzę się tyloma rzeczami, że na prawdę można mi wmówić dziś wszystko. Podatny na ludzi jak nigdy. Choć i wykorzystaj to. Zrób ze mną co chcesz, co Ci po głowie najczarniejszego chodziło. Nie powiem nic jak potem z uśmiechem odejdziesz.
    Och jak tęsknie za upadaniem na łóżko od nadmiaru wódki w moich żyłach. Tęsknie po stokroć.

    P.S. – Aniś nie sil się na komentarz, bo uważasz, że cokolwiek rozumiesz, a tak na prawdę chuj wiesz.

    Pustkę czuję. Leżałbym tylko na podłodze i przy Kosmicznych Wrotach palił paierosy. A od nich najprawdopodobniej dostanę zapaści. Lecz przestać nie chcę palić ich. Bo te małe dziwki pomagają. A własnie teraz ich pomoc pożądana jest. Innych zresztą też, ale na razie nie mogę na nich liczyć.
    Potrzebuję pojechać do domu. Zamknąć się w moim pokoju, z mamą i napić się wódki. Z sokiem porzeczkowym. I opowiedzieć jej wszystko co we mnie teraz jest. Bo czuję, że nikomu innemu nie mogę. Z różnych względów. No może oprócz M.,ale to później. Najpierw mama. Bo wiem, że nie oceni a powie co myśli. Tak od razu, nawet jak zaboli.
    Spadam w dół. I czuję kurwa, że nie ma mnie kto złapać. Rąk wiele, ale żadna nie jest wyciągnięta, żadna nie złapie mnie. A może to ja je odtrącam, omijam? Nie, nie ma ich po prostu.
    Choć może gdybym krzyczał, to pewnie znalazło by się ich kilka choć? Takich, które mogły by mnie złapać. Lecz krzyczeć nie chcę.