Wpisy z okresu: 3.2010

    Mam nowe imie i jestem infantylny. Bywa. I było.
    A teraz powiedziałem jak się czuję i nikt nie walczy. Stoję z boku i patrzę jak upadają Ateny.
    I coraz bardziej kołacze myśl, że jednak A. miała rację.

    Śpię nie za dobrze. Zmęczony permanentnie. Ta sytuacja mnie wykańcza, wysysa ze mnie wszystkie soki. Nie umiem sobie znaleźć miejsca czy też sposobu by było spokojnie.
    Jestem nieugięty. Już nie pytam, nie dotykam. Jeszcze czasem mi się wymsknie chęć, ale po dzisiejszym piruecie – dziękuję, już nie chcę. Bo ile można?
    Tylko przy Tobie mięknę. Albo twardnieje. Zależy jak na to patrzeć.
    Większość facetów by powiedziała, że idealną sytuację mam. Tak, jeśli jesteś palantem. A ja aż takim nie jestem i wcale mi to nie schlebia. Jestem bierny.
    Patrzę jak chciały by bym tańczył i stoję z boku. Nie podobają mi się ich tańce. Chcę takich idealnych, a obie co chwila się potykają. Dlatego nie tańczę z żadną z nich. Ale patrzę cały czas. I notuję w głowie.
    Wrócił we mnie zwyczaj punktowania. I zapamiętywania różnych rzeczy. Już się nie dziwię; już wiem czego się spodziewać. Nie zaskoczysz mnie już. Chyba, że pozytywnie, ale z racji dzisiejszej nowej wiedzy, prędko to nie nastąpi.
    I tak jak popatrzeć na to z boku, to wychodzi na to, że A. miała rację…

    Upadłem. Choć nikt nie wie. Za to ja za dużo. I choć nie zobaczysz tego, nikt nie zobaczy, to jestem cały w rysach pozostałych po sklejaniu. Sam nie powiem, że jest ciężko. Nie pytaj.
    Mam jak każdy by chciał. Ale dążąc do destrukcji ciągnę cały świat dookoła mnie. A może to świat ciągnie mnie?
    Każda Twoja łza to jak nóż wbijany w ciało. Powoli, obserwując jak zimna stal zatapia się w ciepłym mięśniu. Nie mam miejsca na ciele żebym nie miał blizny.
    Wszystkie Twoje słowa, brak reakcji to małe zawiedzenie się. I tak buduje się wielka kula, która musiała się rozjebać. Mimo, że zamknąłem ją to ona i tak wytoczyła się i przejechała Cię.
    Chciałbym uciec. Tam. I siedząc w lodowym barze zapijać Finlandią was.
    Marzy mi się spokój. Lecz jak mam go wam wyrwać?

    Nigdy chyba się nie nauczę i już na zawsze mi tak zostanie.Taka karma. Choć staram się to w sobie tłumić. I całkiem niezłe efekty tego są. Lecz co z tego, skoro i tak w końcu tama pęka. Nie ważne jak wysoka by nie była.
    Ale będę silny. W końcu sam ją przytrzymam i nie pęknie.
    Ja nie pęknę.