Wpisy z okresu: 12.2010

    Wychodzi z disco jeden facet
    Ma oczy rozmazane rozpaczy mgłą
    Widać, że stracił absolutnie wszystko
    Forse, przyjaciół i dziewczyne swą
    Teraz już tylko o jednym on marzy
    Odnaleźć własny dom

    Kreci sie tutaj samotna dziewczyna
    Czesto mi mówi – dżokej, szluga daj
    Z nią nic nie zyskasz, a dużo stracisz
    Wszyscy ją znają – to Lucy in the sky
    Teraz już tylko o jednym ona marzy:
    Odnaleźć własny dom

    Lucy in the sky…

    Krążył tu pewien nadziewany szmalem
    Z żurnala wyciety, modelowy gość
    Miał wokół siebie pełno towaru
    Tak fajne dziewczyny, że brała mnie złość
    Pchał się brutalnie na czubek drabiny
    Przepadł – dopadły go większe rekiny
    Czasem tu jeszcze jego dziewczyny
    Topią w kieliszkach łzy
    Teraz już tylko o jednym one marzą
    Odnaleźć własny dom

    Patrze z mej budy dysk dżokeja
    Na tłum wirujący, jak na strzepy mgły
    Kiedy nad ranem wracam zmeczony
    Jeszcze mną szarpie dyskoteki rytm
    Wtedy już tylko o jednym marze:
    Odnaleźć własny dom

    Lucy in the sky…

    Uwielbiam.

    Mam dość. Chcę krzyczeć. Lecz kto mój krzyk usłyszy?
    Wracam do domu i, ha, cały czas liczę, że będzie mi tu bezpiecznie, dobrze. A tu chuj. Nie mam domu. Nie mam miejsca gdzie mogę się dobrze. Tak po prostu. Prawda, że to niewiele? Macie to na co dzień, a ja mimo, że pozornie też to mam, nie mam.
    Dziś? Dziś rezygnuje z siebie. Nie mam już siły. Na nic. W ogóle. Opadłem. I spadam dalej. Nie widzę już niczego. Nie obchodzi mnie nic. Bo Ciebie też nie, więc czemu mnie ma?
    Jest tyle koło mnie, ale nikt nie wie, że trzeba mnie trzymać, bo przewrócę się.
    Wkurwia mnie każdy dźwięk, który do mnie dociera z zewnątrz. To czego słuchawki nie przykryją wzbudza we mnie kurewską złość. Niby nic dziwnego, ale dźwięk szczotki pocierającej podłogę?
    Czuję się bezużyteczny, jak coś starego co można zostawić i nie przejmować się moim losem.
    Zawsze, gdy byłem zły pomagał mi seks. Nie jako coś, dzięki czemu się rozładowuję, nie. Raczej dzięki temu mogłem się wyżyć. Wszystkie złe emocje w tym akcie wyparowywały. A teraz? Teraz nie potrafię nawet zebrać myśli co bym chciał zrobić z Sandrą Bullock w łóżku.
    Jeszcze gorsze jest to, że nie umiem znaleźć sobie ścieżki muzycznej na te chwile. Miotam się i szukam. I im dłużej to robię, tym bardziej wydaje mi się, że nie znajdę dziś odpowiednich dźwięków. Bo może nie ma takich?
    Zresztą co ja piszę, skoro z myślami, które spływają po moich palcach miotam się tak samo. Albo jeszcze gorzej.
    Och i pomyśleć jeszcze, że wczoraj, nocą biorąc kąpiel, miałem w planach napisać o swoich marzeniach względem tego jak chciałbym by wyglądał mój dom. A teraz? Teraz jedynie uśmiechnąłbym się skromnie wyjmując papierosa z kurtki gdyby powiedzieli mi, że cała moja rodzina nie żyje. Nie, nie dlatego, że jej nienawidzę czy nie kocham.
    Chcę spokoju.

    - Wytrzymasz.
    - Jak zawsze. I wszystko.

    Mój „dar” jest moim przekleństwem.

    Moje barki już wolne od ciężaru. Już nie ja go niosę. Pytanie tylko czy dla kogoś, komu go przekazałem, jest on ciężarem. Czy wyszedł za winkiel i od razu zrzucił go z pleców. Bo przecież nie widzę. Tego nie wiem i zapewne nie dowiem się nigdy.

    Czuję się jakbym rozpierdalał wszystko na swojej drodze. Mógłbym mieć wszystko a nie mam nic. Śnię na jawie. A Ty mnie w tym śnie podtrzymujesz. Uśmiecham się a Ty bierzesz to jako zapłatę. Sama boisz się uśmiechnąć.
    Nie chcesz mnie obudzić.

    Im niżej,
    Im więcej mroku wkoło,
    Tym więcej złej siły we mnie.
    A to nie wróży nikomu dobrze,
    Wiesz o tym.

    Mógłbym mieć pretensje do świata, dlaczego jest tak a nie inaczej. Siedzieć i bić się z myślami. Zastanawiać się nad tym wszystkim. Lecz czasem przychodzi taki moment, kiedy dochodzi się do wniosku, że nie, że koniec. Jest jeszcze stary rok. Jeśli nie zakończę spraw, które w nim się ciągnęły nigdy nie zaznam spokoju. Nie, wszystkie nie zależą tylko ode mnie. Właściwie, by było jeszcze zabawniej, żadna z nich nie jest uzależniona tylko i wyłącznie ode mnie.
    Zapytaj się mnie jak czuję, a ja nie będę w stanie Ci odpowiedzieć. Popatrzę tylko na Twoje oczy i po nich poznam czy rozumiesz.
    Jak mam się zachować, gdy ugasiłem coś. Coś, co kazano mi ugasić. I wtedy, nagle ktoś przychodzi. Nie przejmując się tym, że widzę, polewa zgliszcza benzyną i zapala. A robiąc to, uśmiecha się. Powinienem złapać go i rozbić jego twarz o chodnik pomyślisz. Jednak nie mogę. Stoję, nie mogąc się ruszyć i tylko patrzę jak to wszystko, ugaszone z takim mozołem, zajmuje ponownie się ogniem. Feniks, który wyłania się z tego ognia jest potężny. Większy od poprzedniego. Spoglądam na swoje ręce. Uśmiecham się do nich. Wiem, że już nie dam rady go ugasić. Więc siadam na trawie i podziwiam go, łudząc się, że uda mi się go oswoić.

    Zastanów się po co tu zaglądasz. Jesteś stałym czytelnikiem esencji moich myśli? A może wpadłeś tu przez przypadek, bo tak wskazał Ci wyszukiwarka? Czy ma to jakieś znaczenie? Nie powiesz. Lecz jeśli spadłeś, to zostań. Nie pomogę Ci się poskładać, ale będziesz mógł poczytać, mój czytelniku, jak ja próbuję to robić. I ciągle mi się nie udaje.

    Żyje się tylko raz. Czy to uprawnia mnie do grania va banque? Tego nie wiem. Nie znam odpowiedzi na tyle pytań. Ale tak łatwo mi jest dziś rezygnować z siebie. Nie mam już tej siły co kiedyś. Mimo, że tak naprawdę, silny powinienem być jak nigdy.
    Przyznaj się, że nie chciałabyś by było jak w filmie. Powiedz mi to. Nie, nie zrobisz tego. Bo pomimo wszystko nie potrafisz zrezygnować z marzeń. Nikt nie potrafi.

    Mógłbym zniszczyć nie jedną osobą. Nie robię tego. Nie z altruizmu, o nie. Mrok, który spowija mnie coraz bardziej na pewno w tym nie pomaga. To raczej resztki wiary w ludzi. W to, że jeśli chcą potrafią być dobrzy.
    Spadam w dół, bez zabezpieczenia. Już nie widzę nieba, ziemi, swojego cienia. Czerń jest jeszcze bardziej czarna. Nie jestem w stanie powiedzieć już gdzie jest ściana a gdzie jej nie ma. Wydaje mi się, że zaczynam widzieć dno. Wczoraj go nie było, a dziś to już czerwona, mała kropka. Jak główka od szpilki.
    Jak świetne przyspieszenie mam, prawda?

    Możesz wyciągnąć rękę, złapać mnie. W każdej chwili.
    Co nie znaczy, że tak będzie wiecznie.

    Angels.

    Brak komentarzy

    Czy tylko ja tak mam, że słysząc jakiś kawałek z tekstem, który dotyczy moich spraw obecnych zastanawiam się już na podjętymi decyzjami?

    I tylko ja chcę się obudzić, minąć dzień i położyć się spać w iście filmowym stylu? Nie, dokładnie tak jak na filmie.