Wpisy z okresu: 1.2011

    The Sky Was Pink.

    1 komentarz

    Znasz Nathan Fake – The Sky Was Pink (James Holden remix)? Nie. Ale czuję się tak jak tam. Długo spokój i w breaku też spokój, ale Ty wiesz, że będzie dobrze. Mimo, że nie ma pierdolnięcia, kawałek majestatycznie sunie do przodu, to i tak jest mega. Jest w nim coś; coś takiego charakterystycznego dla mojego życia. Większość przejdzie koło niego nie zauważając go, a tylko wytrawni słuchacze się nad nim pochylą i odkryją to wszystko. Te dźwięki idealnie skomponowane, mimo, że pozornie, nie pasują do siebie.
    Tak właśnie jest. Żaden dzień nie pasuje do poprzedniego, a mimo to, już choćby tydzień układa się w zgrabną całość.
    Ale nie jest dobrze. Tak po prostu.

    P.S. – Kiedyś zapytałbym, czy „Nieba” słuchasz myśląc o mnie. Dziś możesz powiedzieć mi to sama. Bo ja nie zapytam.

    Cantina.

    1 komentarz

    Złap mnie za rękę i przetańczmy całą noc przy dźwiękach trąbki w meksykańskim stylu.
    Dlaczego? A dlaczego nie?

    Where do we go?

    1 komentarz

    Mam problemy, jak każdy. Jak większość jestem z nim sam. Nie żalę się o to, nie mam do nikogo pretensji. Tak widocznie miało być i tak jest. Frustracja jaka jest przez nie wywoływana goni mnie tu kolejny raz.
    Kiedyś, a może całkiem niedawno, nie było problemu bym pożyczył kilka stówek – dziś sam muszę pożyczać. Całkowicie załamała się ekonomia mojego domu. Staram się przestawić na zaistniałe warunki, lecz nie bardzo mi wychodzi. Bo jak mam sobie odmówić piwa nad jeziorem czy flaszki w lesie?
    Pieniądze nigdy nie były dla mnie problemem, lecz teraz są. Dokładnie to, że ich nie mam. Teoretycznie wiem jak to zmienić, lecz nie jest to proste; wymaga poświęceń.
    Jestem wściekły na swoją zaszłą rozrzutność. A jednocześnie cieszę się, że nie oszczędzałem. Jak zwykle zderzenie sprzeczności.

    Mój ból, jest moim bólem. I tak już zostanie. Nie będę więcej, nawet spojrzeniem się zdradzał. Nie przed Tobą.
    Pogodziłem się niedawno z tym, że nie powinno się oczekiwać od ludzi za wiele. Nawet takich, którzy wróżą wiele; wiele mówią lecz co po tym strumieniu powietrza przepuszczonym przez struny głosowe, skoro za tym nie idą czyny? Tak, zaakceptowałem fakt, że ktoś, w kim pokładałem jakieś nadzieje, związane z różnymi rzeczami czy sprawami zawiódł. Nie, nie pogodziłem się z tym i nie przestanę wierzyć w ludzi. Bo są tacy, dzięki którym ten dzień czy następny nie będzie spierdolony. Nie dziękuję, bo nie muszę. Oni są po prostu a nie bo czegoś ode mnie chcą.
    Nie mam czasu ani ochoty roztrząsać tego jak to się stało. Już nie. Nie po tym jak cynizm i jad, jawny czy też nie – nawet na tym się nie zastanawiam, osiągnął apogeum w jej ustach. I nie, nie spodziewałem się, że jest w stanie ranić tak mocno. Ale przynajmniej wiem kim naprawdę jest.
    A inni ostrzegali mnie. Choćby przed zbyt wczesnym ufaniem. Nie słuchałem, bo myślałem, że to dotyczy wszystkich, tylko nie jej. Jak bardzo pomyliłem się. Dałem się ugłaskać. Moja czujność została uśpiona. Gdy byłem najbardziej bezbronny wtedy uderzyła. Mówi, że nieświadomie. Nie wierzę już w jej słodkie pierdolenie. Bo mówiła zawsze dużo. Zresztą nadal to robi.
    Zabawne, że część ludzi, które jako tako są blisko niej, a na pewno o niebo bliżej niż ja, mówi, że tak bardzo zależy jej o opinii. Ha, zabawne. Gdyby tylko znali ją od strony, którą ja znam. Znając małostkowość ludzi została by sama. Ciekawe jakby się wtedy poczuła.
    Gdy zadzwoniłaś mogłem Cię migiem pożegnać soczystym spierdalaj. Nie zrobiłem tego, bo to nas od siebie różni, że ja nie zostawiam ludzi w potrzebie. Nie umiem. Nie to co Ty.
    Co mnie zastanawia to bezczynność. Mam kilka ruchów – wszystkie kończą się bólem. Lecz nie moim. Ale nic nie robię. Obstawiam, że to z powodu, że garstka ludzi próbuje trzymać mnie na dobrej szali wagi równowagi karmy. I pierwszy raz cieszę się, że są.
    Ktoś mnie zapytał czy żałuję, że zaufałem. Tak. Pierdolenie, że się nie żałuje można wsadzić między bajki o tym, że faceci noszący szaliki do płaszczy nie są gejami. Żałuję, że nie byłem cynicznym kutasem, który na chłodno wszystko kalkuluje. Mogłem, lecz myślałem, że jesteś inna. Nie jesteś. Żałuję powierzenia tajemnicy. Bo jest moja, skrywana. Stworzona przez Ciebie aura omamiła mnie na tyle, że powiedziałem ją. Nie była to największa, nie. To raczej coś, co uwierało cały czas, bo tylko ja o tym wiedziałem. Nikt więcej. Zrzucony ciężar. Tak po prostu. A mimo to, żałuję. Bo takie rzeczy powierza się ludziom z honorem, którzy są by być.
    Cały czas chce bym ją znienawidził, wybluzgał czy coś w tym stylu. Nawet na końcu, ma być tak, by jej było wygodnie. Przecież mnie to nie pomoże. Jednak jej już tak. Perspektywa „kolejnego z głowy” jak widać jest aż nadto kusząca. Oh, jaki ślepy byłem.

    Im więcej rzeczy spierdala mi się na głowę, tym mam większą pewność, że mi się uda. Wszystko. Bo tak mówię. I już. Spokój wewnętrzny nie jest odzyskany – ba, daleko mi do niego. Wcale do niego nie dążę.

    I przyjdzie taki dzień, gdy kaprys będę mieć
    Zniszczę cały Twój świat
    A na jego grobowcu zatańczę
    Śmiejąc się głośno.
    I już nie otrę Twoich łez
    Bo Ty nie otarłaś moich.

    Jestem zagadką. Rozwiąż mnie a dostaniesz nagrodę. Prawdę.
    Ciekawe stwierdzenie, czyż nie?

    Tylko na tyle zasługujesz. W ogóle dziś chętnie kilku dałbym po ryju. Tak po prostu, uzbierało się im. Jednak zostanie to moją tajemnicą. Która, za co i jak mocno.
    Jeszcze godzinę temu ledwo podnosiłem głowę by spojrzeć w górę. Szukałem światła na dnie mej doliny. A teraz? Teraz uśmiecham się do mojej zajebistej rolety w misie i czuję się spokojny.
    Wiem dużo. Nawet nie wiesz jak dużo. Ba, jestem pewien, ze nie zdajesz sobie z tego sprawy. Ale to dobrze. Lubię rozdawać karty będąc w cieniu. Nie, nigdy nie dowiesz się, że pewne rzeczy uzyskałaś dzięki mnie. Może kiedyś przyjdę do Ciebie ubrany w podły humor. Z butelką Rona Barcelo. Otworzysz mi drzwi, uśmiechnę się i powiem, jak zbrzydłaś. Jak roślina pozbawiona światła. Usiądziemy, posłucham o Twoim pozornym szczęściu a potem powiem Ci patrząc w oczy, że to co masz zawdzięczasz mnie. W myślach będę rozpierpdalam Twoją twarz o kant stołu, jednak nie zobaczysz tego na mojej twarzy. Właściwie nie zobaczysz na niej nic innego niż mój cyniczny uśmiech. Wstanę niedługo później i wyjdę. Nawet nie obejrzę się za siebie, bo już Twoje łzy nie robią na mnie wrażenia.

    Uwielbiam Cię.
    Nie mogę wyjść z podziwu jak ludzie mogą mnie w jakikolwiek sposób lubić. Jestem aspołecznym cynicznym chamem, który gdyby mógł napierdalał by do wszystkich ironią i sprowadzał do intelektualnego parteru gdzie musieli by uznać jego wyższość. A nie, kurwa, przecież tak robię.

    Zastanawialiście się kiedyś jak wygląda praca szefa teamu zespołu f1. Ja nie, ale teraz tak się czuję. W głowie zarządzam grupą ludzi. Wydaje polecenia przez telefon. Sami się o to proszą, to czemu miałbym im odmawiać?
    Do tego nie umiem ogarnąć się i swojego życia. Zapewne tak samo jak ten szef. Zapierdol jest a ja sobie siedzę na trawie i udaję, że go nie ma. Doprawdy kiedyś wezmę się do roboty.
    Impulsu mi brakuje do tego wszystkiego. A raczej by to wszystko… zrobić z tym coś.

    Kolejny rok zaczyna się znów. Nie zgaduję, nie wiem, nie obchodzi mnie co przyniesie. Bardziej mnie interesuje, nieprzerwanie, ten miniony.
    On był dziwny. Nie spodziewałem się tylu rzeczy. Tym większe zaskoczenie przynieśli ludzie. Niektórzy boleli. Mogli mi pomóc, lecz tego nie zrobili. Potrzebowałem ich… tak bardzo. Lecz nie to nie. Teraz będę kroczyć ponownie samotną ścieżką. Bo zboczyłem z niej, naiwnie jak dziecko wierząc, że coś może się zmienić; że może ci ludzie to wreszcie są tacy, na których można będzie polegać zawsze i wszędzie. Nie. Życie momentalnie zweryfikowało słowa i pokazało, że osoby z tak aspołecznym przysposobieniem do życia jak ja, nie mogą liczyć na innych.
    Mówią, że mam duże ego, bo nie wiedzą albo i nie wierzą, że ja po prostu znam swoją wartość. Lecz jeśli by patrzeć ich oczami, to można by rzec, że miniony rok podniósł mi ego właśnie. Choć ono zawsze było i będzie takie samo. Co nie znaczy, że nie było momentów, które były miłe, że aż czuło się mrowienie na karku.
    Cóż z tego, skoro tych złych było jak co roku więcej?
    Wszystko było by proste, zrobiłbym to co zawsze, ale… zastanawiam się. Nie, nie zatracę się. Nie zniknę ja. I moje wszystko. Choć wiem, że wielu osobom było to na rękę. Lecz czy właściwie jest być nadal sobą?
    Chciałbym nie czuć się samotny. Lecz czasem to mnie dopada, nawet wtedy kiedy wszystko jest ok. Tak, przy Tobie nie myślę. Ale tak często Cię nie ma, że chyba już niemożliwe jest zatrzymanie tych wszystkich myśli. Nawet przez Ciebie.
    Mogę wiele nie robiąc prawie nic. To jest uczucie, które zawsze mi się podobało. Panowanie nad sytuacją, chłodna kalkulacja w głowie. I nawet jeśli dałem się ponieść emocjom, to potem i tak przychodziły myśli. A teraz jest ich tyle, że chyba sam się w nich gubię. Nie ma kto mnie złapać za rękę i oprowadzić mnie po nich. Nawet tak po omacku, nie żądam wykwalifikowanego przewodnika.
    Są chwile, gdy wydaje mi się, że część minionych dwunastu miesięcy sobie wymyśliłem. To rzeczy tak ekstremalne, że tylko mój umysł jest na tyle odważny by o nich marzyć. Jednak szybko przychodzi otrzeźwienie – przecież wszystko skończyło się tak jak zawsze. Po chuju. Czyli jednak to wszystko prawda. Bo w marzeniach, wszystko zawsze kończy się dobrze.

    Jestem już tam, na dnie.
    Tylko tym razem schowam się w jego najciemniejszy kąt a nie będę błagać o pomoc.