Wpisy z okresu: 2.2011

    Mają w perspektywie znaczne opóźnienie licencjatu oraz ogólnego życia jak każdy, kto się tym kurewsko przejmuje nie robię nic. Staram się pisać go, ale to jest masakra. Jestem dla siebie krytykiem masakratorem, który kasuje co drugie zdanie.
    Do tego, jeszcze pewien doktor na uczelni, którego ambicje znaczenie przewyższają wzrost oraz namnożenie się kompleksów stwarza mi niezbyt dogodne warunki do pisania rzeczonej pracy, ponieważ najchętniej by mnie ujebał. Ale nie mam zamiaru dać mu tej satysfakcji i jak na razie wszystko jest na dobrej drodze do załatwienia tego po mojej myśli.

    Wczoraj dałem dupy na całej linii zapominając o urodzinach mamy. Pomijam już fakt, że nie mam pamięci do dat tego typu (jakieś rocznice, urodziny, imieniny etc.) to żeby było śmieszniej w południe o tym pamiętałem. Ale nocne pisanie pracy nie służy jasności umysłu. Łóżko też nie. Anyway moja rodzicielka jest na mnie śmiertelnie obrażona, bo zadzwoniłem osiem minut po zakończeniu dnia…

    Emocjonalnie jest jak na statku z XIV wieku – mimo, że morze spokojne to statkiem buja strasznie. I tak właśnie ze mną jest. Na zewnątrz nie zobaczysz nic a we mnie skoki, raz w górę a raz w dół. Bo teraz nawet nie okazuję jak jest coś ok. Jakbym nie miał na to czasu. No i mam wyjebane na to co myślą o mnie inni. Ponownie. Nareszcie.
    Realizuję metodę małych kroczków i tak na początku dostanę się do pierwszej pięćdziesiątki w rankingu ET na TB. Następnie zacznę lżej gotować, jakieś ćwiczenia. Trzeba w końcu wrócić do właściwego BMI. Potem przyjdzie czas na realizowanie kawałków.

    Ktoś ostatnimi dniami pomaga mi się myśleć; uspokaja bardzo. A ktoś inny pracuje nad tym by mnie nie wkurwiać ale średnio mu to wychodzi. Choć więcej uśmiechu a to dobrze.
    Przygotowuje się jednocześnie psychicznie na opowiedzenie pewnej historii pewnej osobie. Nie spodziewa się tego totalnie a tym bardziej treści. Żałuję tylko, że nie będę mieć kamery by nagrać jej reakcję, bo sądzę, że będą ciekawe.

    Mieszkanie z kimś jeszcze nie idzie aż tak tragicznie jak niektórzy to rysowali. Nowa persona jest misiem koala. Przez osiemnaście godzin na dzień śpi/leży z laptopem a wychodzi czasem tylko na żer lub do łazienki. Oswojone, szczepione, nie gryzie i nie brudzi. Jest ok.

    Cierpię na chroniczny brak weny do pisania czegokolwiek. Do tej notki podchodziłem ze dwa tygodnie. Recki leżą, opowiadanie jedno jest w powijakach, praca również. Czuję się jakbym w głowie miał roboty drogowe robione przez naszych drogowców – coś, co można by naprawić w kilka dni u mnie będzie zepsute przez kilka tygodni. I wkurwiające jest to, bo nic z tym nie można zrobić. To przecież nie są zbędne kilogramy, które mogę zrzucić czy chęć zrobienia czegoś zajebistego do jedzenia. Na to nie mam całkowicie wpływu i skłamałbym jakbym napisał, że mnie to nie wkurwia. Więc siedzę i próbuję się już zmuszać do pisania – taka despera.
    Choć teraz, co jest całkiem zabawne, podoba mi się jak literki pojawiają się na ekranie i pędzą w prawą stronę ekranu. Pisze coraz szybciej, by ten swoisty pociąg literkowy pędził jeszcze szybciej. Funny.

    A co jeśli moje… hmmm… wyobrażenie/marzenie – nie mogę dobrać słowa, nic mi nie pasuje… Anyway co jeśli to coś, co przemyka mi pod powiekami w jakiś dziwny sposób się spełni? Będzie ta zielona trawa, rzeka, słońce i wódka z 7upem w kubeczkach? Co ja wtedy zrobię? Jak się będę czuć? Będzie mi dobrze, nie będę myśleć czy będę sobą. Chciałbym wierzyć w to pierwsze. Lecz to nie sen ani bajka Disneya. Tylko jeśli będę sobą, to co wtedy.

    A Ty, czemu zakładasz maskę jak wychodzisz do ludzi?

    Lubię gdy wolno czas przecieka mi przez palce. Nie spierdala jak pojebany, gdzie nie wiem jakim cudem upłynęło mi kilka godzin, tylko gdy każdą godzinę umiem rozłożyć na rzeczy, które wtedy robiłem. I nawet jeśli jest to coś, co może nie koniecznie wydaje się bardzo zajmujące dla kogoś, najczęściej nie żałuję tego czasu. Bo mnie to zajmuje.
    Dziś cały dzień słucham muzyki. Nie jest ona tłem, bo nie gram. Jestem na niej skupiony, choć nie tak ekstremalnie jak nocami. Czerpię z tego przyjemność. Niby prosta rzecz, prawda? Ale jakże dziś przyjemna. Nie wiem dlaczego, ale uśmiecham się, że tak jest.

    Znowu jakaś tam fala informacji. Znowu jakoś nie bardzo się przejmuję nimi. Słucham, jeśli trzeba i doradzam też jeśli trzeba. Czasem tylko słucham. Robię to czego się ode mnie oczekuje. Gdybym był samolubny, po prostu bym się wypiął, bo ktoś czegoś tam nie zrobił dla mnie, to ja mu też. Lecz nie widzę w tym sensu. Po co robić sobie bez powodu wrogów? A tak przynajmniej coraz więcej przykładów ludzi. Choćby do książki, a co.
    Znowu inna piosenka. Znam, bo jest ode mnie. To coś znaczy?

    Zmiany następują względem mieszkania, bo ktoś nowy z nami zamieszka. Mam nadzieję, że będzie spoko, bo jak nie, to mój żółty kijek do kendo pójdzie w ruch.
    Co nie zmienia faktu, że z pracą stoję i chuja robię, tłumacząc sobie, że mam jeszcze czas. Lecz nie wiem do tej pory jak mam ją zacząć.