Człowiek chce być dobry, bierze zwierze z chęcią pomocy. Dopóki jest chore, wszystko jest ok, lecz im bardziej zdrowieje tym bardziej działa mi na nerwy…
Przygarnąłem kota, bo miauczał tak, że mi go było szkoda. Wiem teraz, że nigdy więcej nie popełnię tego błędu. W każdym razie zabrałem go do weterynarza i okazało się, że ma koci katar. Krople za 12 zł załatwiają sprawę. Obecnie, pięć dni po zabraniu go na leczenie mam ochotę rozjebać go o ścianę.
Nienawidzę głupoty, a ten kot przejawia jej tyle, że sam nie podejrzewałem się o takie pokłady agresji. Bo ile można powtarzać, by nie wchodził tu czy nie ruszał tamtego. No kurwa, mało mnie obchodzi, że to zwierze, w dodatku młode. Nie będę organizował sobie życia pod niego. On tu jest gościem i jak nie umie się zachować to go wykopię na zbity pysk.
Oczywiście dziewczyna od razu jakie biedne zwierzątko etc. i mimo, że mówiłem by się do tego sierściucha nie przyzwyczajała zrobiła inaczej. Nie mój problem.
Miarka przebrała się dziś. Robię sobie śniadanie w kuchni, która jest jego miejscówką a ten na blat, gdzie robię szamę. Zestawiłem jeden, drugi ale jak wskoczył trzeci to go tylko zepchnąłem na podłogę. Pokraka spadła tak, że ją łapa bolała. Przyleciała D. i zaraz zaczęła się użalać nad tym jebanym pchlarzem. Kurwa jakbym go jebnął z całej siły o tą podłogę. No wtedy nie wytrzymałem i buchnęła ze mną cała złość.
Zgodziłem się na to by poczekać aż znajdzie się mu dom tymczasowy jednak nie ma opcji, bo nie będę sobie nerwów szarpał przez jakiegoś durnego sierściucha. Jutro jadę go oddać do schroniska, mam dość.
Żeby nie wiem co kurwa w przyszłości miałbym spotkać i nie wiem jakby wyło i czy było bezbronne nie pomogę. Ten pierdolony darmozjad skutecznie mnie oduczył empatii. Aż żałuję, że go wziąłem do domu.