Ktoś mówi coś. Coś ważnego. Słuchasz, nie wierzysz, nie dajesz po sobie tego poznać. Potem blackout na jakiś czas. Gdy odzyskujesz wzrok nie ma nic – słowa rozpłynęły się w nicości, ktoś się obraził a Ty patrzysz na to wszystko ciągle otumaniony dźwiękiem tych słów. Za szybko, nie ogarniasz, a świat nie czeka – zapierdala dalej. Gdy już wreszcie dochodzisz do siebie, do tego wszystkiego co się stało, zaczynasz myśleć. Analizować. Zastanawiać się. Można dojść do różnych wniosków, na prawdę tak różnych jak czerń i biel. Mam tak bardzo wyjebane.
Słucham. W koło tyle ładnych słów, pięknych zdań czy górnolotnych obietnic. A nic z tego nie wychodzi, nijak to się przekłada na coś wartościowego. Nie łowię już wyrazów, które chcę, nie dokładam do nich innych słów, by tworzyły te piękne zdania. Nie ma sensu. Nie koloruję sobie rzeczywistości, bo chyba ona musi być taka szara. Nie czarna, nie biała, ale w milionach odcieni szara. Godzę się na to, ale głowy nie spuszczam. Chodzę i uśmiecham się do ludzi. Jestem kolorem, który rozsmarowuje szarość po brzegach. Mimo to, nikomu się nie narzucam. Mam tak bardzo wyjebane.
Nie znam żadnej kobiety. Tylko same dziewczyny. Nawet nie, dziewczynki. Każda chce księcia z bajki, co ją będzie nosić na rękach, gdy trzeba to przytuli, zrobi ciepłą herbatę i pogłaszcze po głowie. W zamian oczywiście nie będzie liczyć na nic, bo przecież rycerskość mu nie pozwala. Żadna nie pomyśli o tym, że może książę chciałby też czegoś – nie wiem, laski, obiadu czy zimnego piwa. Nie daj bóg jeśli o tym choćby da znać w jakikolwiek sposób. Oh gromy się na niego posypią, bo jak on śmie cokolwiek chcieć?! A potem dziwią się dziewczynki, że nikt ich nie słucha, nikt nie chce przytulić czy iść z nimi na piwo. Kiedyś jeszcze, pamiętam, chciałem im mówić, tłumaczyć, że tak nie powinno być. A teraz? Mam tak bardzo wyjebane.
Permanentnie nie mam obok nie wiadomo jakiej liczby choćby znajomych. Życie i czas co chwile weryfikuje ich. Zderza moje wyobrażenia z rzeczywistością i najczęściej to mnie boli. Ale chyba nie powinienem się przejmować, bo nie mam przecież problemów z nawiązywaniem nowych kontaktów. Tylko, że chyba nie chcę. No i podobno mam trudny charakter. Choć to akurat jest dobre, bo większość debili jest odsiewane właśnie przez niego i nie muszę się z nimi użerać. Czasem jeszcze zdarza mi się pomyśleć, czy nie fajnie by było mieść na fejsbuczku setkę znajomych i z każdym choć raz na rok iść na piwo. Po krótkiej chwili namysłu – nie, nie byłoby fajnie. Słuchać pierdolenia co tam u nich, jacy są zajebiście szczęśliwi w jakimś związku, jaką to mają zajebistą pracę i jak fajnie im się żyje na własny rachunek. Na chuj tego słuchać, skoro za pół roku albo i cztery miesiące na przytoczonym fejsbuczku nie będzie już, że ta osoba jest w związku z tamtą, gdzie rzekomo była taka szczęśliwa, że rzygała tęczą. Nie pracuje już, bo jej kwalifikacje czy coś tam innego skosiło ją z etatu, o przepraszam, tzw. „umowy tymczasowej”. Do tego musiała wrócić do domu, bo nie stać jej na utrzymanie się w wielkim mieście. Nie widzę w tym sensu. Mam tak bardzo wyjebane.
Ktoś mi zaproponował spotkanie: „słuchaj będziesz w domu, odezwij się, spotkamy się, pogadamy”. Odezwałem się na trzy dni przed moim przyjazdem, by dać jej czas. Było to przed świętami. Do dziś nie dostałem nawet maila, w którym pokracznie próbowałaby się wytłumaczyć, że nie mogła choćby odpisać, bo była na Kamczatce i telefon jej wpadł do przerębla. Za kimś innym zatęskniłem i w chwili słabości wysłałem smsa. Nie powiem, procenty we krwi na pewno miały sporo w tym udziału. Dostałem po jakimś czasie odpowiedź „teraz nie mogę, pogadamy jutro”. Od jutra minął tydzień. I tak jak nie mam zamiaru wysłać kolejnego maila, tak nie poślę kolejnego smsa. Mnie tylko zależy na tym spotkaniu? Bo myślałem, że nie. A tu kolejna weryfikacja – chyba jednak tylko mnie. Cóż… Mam tak bardzo wyjebane.
System szkolnictwa wyższego rzuca mi cały czas kłody pod nogi i usilnie próbuje mi udowodnić, że moja edukacja powinna zakończyć się już dawno; że nie potrzebnie się pocę i próbuję zdobyć wyższe. Staram się przeskakiwać wszystko, choć już w tym semestrze dwa razy się potknąłem. Przynajmniej zapiszę się złotymi zgłoskami w historii tego śmiesznego kierunku. Na prawdę sam nie wiem co tu robię. Ważne, że kasa z tego jest. I tak pewnie nie będę zajmował się czymkolwiek co choćby ma procentowe powiązanie z tym moim kierunkiem, ale to nic. Mam tak bardzo wyjebane.
I tylko sam nie wiem czy bardziej pasuje Łona i Webber – „Jesteśmy w kontakcie” czy Sonique – „Sky”.