Jak wiadomo od dawna świat zapierdala i na nikogo nie czeka, na nikogo się nie odwraca i nie klepie po plecach mówiąc, że będzie dobrze. Ostatnio cały czas go gonię, a właściwie to on już zaczyna gonić mnie, bo to teraz ja jestem szybszy. Do tego zaczyna gubić się w moich zamiar i totalnie nie wie co planuję czy czego chcę. Miło być w tej pozycji względem świata.
Nie uczę się na błędach, to pewne. Choć może inaczej – uczę się na niektórych. Bo są takie, które były błędem, ale nie do końca z mojej winy lub wcale ich nie uważam za błąd (mimo opinii wszystkich wokoło).
Patrzę ostatnio na to wszystko jakby z większym dystansem. Nie mam potrzeby tłumaczenia swoich decyzji czy nawet informowania osób „postronnych” o swoich poczynaniach. Spokojnie i po cichu, małe kroczki robię do przodu. Najwyżej kolejny raz się sparzę. Jednak nie bardzo się tym przejmując czy bojąc dalej w to wpadam. Głębia jest niepojęta, zwłaszcza taka.
Bardziej obawiam się, że głębia może nie spełnić moich oczekiwań – że nie będzie tym czego szukam. Tak, daje poczucie spokoju i jest to wspaniałe czuć go po takim czasie, ale co dalej? Przecież samym spokojem żyć nie mogę. Mimo to obecnie ciągnę z niej multum energii, pozwala mi się wyciszyć. Znów mam nerwy na wodzy i tak bardzo wyjebane na większość rzeczy. A nawet jak nie to przynajmniej mam siłę się z tym kryć. Bo przecież nie każdy musi o tym wiedzieć, że na tym czy na tamtym mi zależy.
Nieśmiało nawet się uśmiecham do swoich myśli. Nie przeszkadza mi to w chłodnej kalkulacji, o nie. To ja jestem mistrzem tego rozdania, więc nic mnie nie zaskoczy. I tak, siedli do tej rozgrywki ludzie, którzy nie do końca wiedzą, że w niej biorą udział. Jedni nieświadomie inni świadomie. Są tacy, którzy zostali w nią wciągnięci przypadkiem a są tacy, którzy sami się pchali. Tak czy siak, nie są moim problemem. Ja mam swoje i z nimi ostatecznie się mierzę.

Nie umiem powiedzieć co będzie jutro, więc nie pytaj mnie o to proszę. Nie wiem też czy będę się uśmiechać, czy Ty będziesz.

Odnajduję przyjemność w robieniu mały rzeczy, wręcz pierdołach. Posprzątanie pokoju czy kuchni daje mi satysfakcje jak u starej panny – bo kurwa tak ładnie, czysto – porządeczek jest. Ja wiem, że to się leczy, dlatego dziś przyjmę porządną dawkę polskich procentów, po trzeźwy tydzień za mną i mam go dość.
Tak bardzo lubię być pijany. Nie żeby się przewracać o własne nogi czy nie umieć wypowiedzieć zdania bez zaseplenienia, nie. Chodzi o ten stan, gdy całe ciało jest takie lekko gumowate, „gumisiowe”, w głowie czuć ciężar alkoholu, ale pijesz dalej. Ba, nawet może tańczysz. I masz tak bardzo wyjebane na wszystko, bo jesteś Ty, jest coś dobrego w szklance, do tego gra Twoja muzyka i już nie potrzeba Ci nic więcej. Może dla kogoś to smutne, ale w takich chwilach jestem szczęśliwy. Nikt mnie nie może dotknąć, mam wszystko w dupie i bawię się tak jak by jutro nie istniał świat. Jest mi wtedy dobrze ze sobą, to mnie tak kurewsko odpręża.
Co znamienne, kobieta mi nie jest do tego wymagana. Nawet chyba większość przeszkadza, bo one do „klubów” chodzą łowić facetów, a ja jak już jakąś wiejską dyskę w tym smutnym jak pizda mieście, zaszczycę swoją obecnością, to na pewno nie po to, by wyrwać jakieś cycki na noc. Nie lubię mieć tego, co ktoś mógł mieć wczoraj i to bez trudu.
Choć oczywiście są takie, na które aż miło popatrzeć. Nie znasz jej, nie wiesz kim jest, widzisz ją pierwszy raz i już chcesz ją mieć pod sobą albo nad sobą – nie ważne, chcesz by była przed tobą naga, by tańczyła z zamkniętymi oczami tak jak tańczyła na parkiecie. Chcesz ją mieć, mimo, że zdajesz sobie sprawę, że wczoraj mogło ją mieć kilku facetów. Zresztą tak jak dziś. W niczym ci to nie przeszkadza. Bo widzisz ją, jest śliczna, ubrana tak jak lubisz i do tego rusza się tak, że nie możesz oderwać od niej wzroku. Nie jest to częsty widok, a raczej powiedziałbym, że bardzo rzadki. Ale jak już się tak pojawi, to nie zapomnisz jej. To syndrom czerwonej sukienki/spódnicy.
Może dlatego nie chodzę po dyskach – bo boję się ją spotkać znów i tym razem złapać ją za rękę. Może tylko sobie tłumaczę swój strach względem niej, chujową muzyką serwowaną w tych przybytkach, gdzie chodzi się potupać nóżką (co akurat jest prawdą). Lepiej bym nie znał odpowiedzi na to pytanie, bo mogłoby to zaburzyć równowagę we wszechświecie – ona jest tam tylko nocą, ładnie wygląda i rusza się tak, że omg… Ona jest przekleństwem nocy i wiem, że nie ma sensu jej gonić. Ale popatrzeć z pod przymkniętych powiek na nią nikt mi nie zabroni.

Dziś utonę. Nie wiem jeszcze jak bardzo. Nikt mnie nie uratuje, bo nie będę nadawać S.O.S. Nie krzyknę „ratuj mnie” – raczej „utop mnie”.