Wstałem i poczułem nagłą potrzebę mieszkania w jakimś dużym mieście. Taki, gdzie mógłbym wybierać z dziesięciu imprez kulturalnych dziennie. Gdzie nie ma jednego miejsca, w którym takie miejsca się znajdują, ale jest ich kilka. Gdzie nie ma tylko dyskotek, ale są i kluby. Gdzie można iść zjeść coś więcej niż maca, sushi czy Sphinxa.
Zatęskniłem za wielką aglomeracją, gdzie coś się dzieje, a nie jest wieczna stagnacja i nuda. Mimo, że rzekomo żyję w mieście studenckim to pod tym względem jest całkiem słabo. Nie żeby mnie jarały jakieś wystawy obrazów czy wernisaże jakiś artystów. Ale tu się dzieje dużo, ale w praktyce nic co by mogło mnie zaciekawić, a wyboru nie mam tu praktycznie żadnego.
Napisałem to wczoraj; impuls i jakoś poszło. A dziś? Dziś czuję się tak bardzo zmęczony, że nie mam siły nawet się spakować. Jednocześnie mam na wszystko wyjebane i wszystko mnie wkurwia. Chcę odpocząć a nie mam miejsca, gdzie mógłbym to zrobić. Nie robię nic, a gonię każdą sekundę, a ona przecieka mi przez palce. Jestem tak bardzo samotny.