Za chwilę pyknie data, która ważniejsza jest choćby dla mojej mamy niż dla mnie. Osiągnę ileś tam lat i to takie wow. No nie dla mnie. Zainicjowane zmiany wchodzą w decydującą fazę. Zebranie się do nich zajęło mi trochę czasu, fakt, ale teraz już jest z górki. Nie żeby łatwo, ale przynajmniej ich nie zatrzymam.
Zostałem sam w całkiem dużym domu. Znaczy jest P., ale ona jak leniwiec rzadko wynurza się ze swojego pokoju. Ale śpię sam, jem sam, jestem sam. Tak całkowicie i dosadnie, a nie tylko „astralnie”. I nie powiem czy jest fajnie czy nie, bo jeszcze sam tego nie wiem. Choć podoba mi się ta cisza w około jak P. też nie ma.
Wszystko powinno teraz ułożyć się, ja uśmiechać się do słońca a życie będzie jak w jakiejś durnej, polskiej komedii wyprodukowanej przez tvn. No ale nie będzie, bo znam to życie i znam siebie. Zamiast odpocząć, dać sobie czas dla siebie, wszystko sobie komplikuje. Taka znaczna wada (kolejna) samego mnie.
Mam tyle planów a jeszcze więcej czasu na ich realizację. I czuję, że jeszcze do mnie nie dotarło na jak ważnych rozstajach dróg mojego życia stanąłem. A może dobrze to wiem, tylko nie reaguję jak „dorosły”, bo wcale nie chcę jeszcze udawać, że interesuje mnie nie wiadomo jakie zobowiązanie. Nie czuję się stary, więc nie mam potrzeby wiązać kogoś do siebie, by nie zestarzeć się w samotności.
Zresztą wiązać się dla samego wiązania jest bez sensu. Chce pasji, błysku w oku czy bezgranicznego zaufania. I tak dobrze zdaję sobie sprawę jak niełatwe to jest ze mną.
Ludzie, których znałem, a nie zawsze już pamiętam ich imiona, są już zaobrączkowani albo po ślubie, niektórzy mają dzieciaki a nie którzy mają je bez dwóch pierwszych opcji. Patrzę na nich z politowaniem i zastanawiam się jak bardzo trzeba mieć beznadziejne życie, by kilka lat po osiągnięciu pełnoletniości zakładać „rodzinę”. Nie widzę w tym sensu, bo wydaje mi się, że powinna ona być budowana na mocnych fundamentach. A tak dobrze wiem, że niektóre osoby się nie zmieniają, nie w tych rzeczach.
Mam zwierzątko – królika (cholernie do mnie pasuje, prawda). I wiem ile z nim potrafi być irytacji czy uśmiechu. Cały czas marzę by dołączył do niego rasowy doberman, ale spokojnie, nie spieszy się. Jednak chodzi mi o to, że mam tą swoją bestię i nie mam potrzeby posiadania bestii, która w połowie będzie taka jak ja. Nie żebym uważał, że będzie straszna, to nie to. Również to nie to, że jakby już teraz zdarzyło się, że junior by się pojawił to bym się załamał. Jestem nie do końca normalny, ale tyle odpowiedzialności to mam. No i kurna, klocki Lego!
Chyba coś się u mnie zmienia, bo zamiast żałować tego, że czegoś nie zrobiłem, cieszę się z tego. I chuj z tym, że to zupełnie inne rzeczy – ważne, że zmieniony pas. Kurwa, autentycznie zaczynam się cieszyć z nie zrobionych rzeczy! To dla mnie tak wielki krok do przodu – zamiast rozpamiętywać przeszłość pod względem tego co mogłem zrobić lepiej albo jak się zachować inaczej, cieszę się z tego, że nie zrobiłem tego czy tamtego.
Co nie znaczy oczywiście, że pogodziłem się z przeszłością. O co to, to nie. Nadal pamiętam i będę pamiętać tych, którzy coś zawinili kiedyś. I mam nadzieję, że karma da mi szansę bym się zemścił. Ale nie dążę do tego sam.
I wiesz co? Chyba powinienem być bardziej zadowolony z siebie i tego co mam. Tak, to będzie nowy cel. O.