Fuck.

    Brak komentarzy

    Tak wielu rzeczy żałuję.
    Tylu nienawidzę.
    Kurwa.

    „Spadam w dół,
    bez zabezpieczenia”

    Czas zatacza koło a ja znów rzygam życiem. Bezpłciowe, pozbawione smaku a przede wszystkim nie takie jakie chce. Mimo to budzę się codziennie i gorzko uśmiecham się na myśl o kolejnym, spierdolonym dniu.
    Wszystko jest z dupy, nie tak i w ogóle jestem na nie. Nowy kierunek a na nim jebany niemiecki. Przyjebany plan, gdzie trzy dni muszę wstawać na ósmą. Podwyżka biletów autobusowych. Pogoda, która nie może się zdecydować czy ma być ciepło czy może nie, a w rezultacie mamy pizdę. Ja nie wiem kto jest za to wszystko winny, ale należy mu się wielki karny kutas wytatuowany na czole.

    Moja własna beznadziejność dobija mnie w tak wielkim stopniu, że baza do drinków mi rośnie (a jest jej już z dobre cztery litry) a ja nie mam ochoty choćby na jednego.

    Z głośników sączył się loungowy jazz. Tak, lubię czasem słuchać takiej muzyki. Nie wyszedłem do kuchni, mimo, że byłem głodny. Nie poszedłem tam też po wino. Nie próbuję go pić, bo jest modne, tylko wódka mi nie pasuje jakoś do obiadu. Choć bigos mam na obiad a tam pasuje idealnie. Alkoholika chcą tu ze mną zrobić…
    Ale ja nie o tym. Coś mi nie dawało się ruszyć. Siedzi to w głowie i mówi pisz. Mimo, że nie mam tak naprawdę weny. Chyba. Artykuły, to jednak tak zrywnie jak budowa drogi w tym kraju – szybko zostały zatrzymane. Na recenzje mam godzinne fazy, więc tego nie biorę pod uwagę.
    Zastanawiam się jak to będzie za pół roku. Nie wiem. Zima teraz, więc spokojnej muzyki nocami przy jakimś alkoholu będzie dużo. Lubię tak spędzać czas, mimo, że wiem, że śpisz. Niekoniecznie, bo chcesz. Możliwe, że bałbym się wpuścić Cię do tego mojego świata, bo mam wrażenie, że miałabyś niemałe trudności z odnalezieniem się w nim. Choć pewnie i tak bym Cię wpuścił.
    Na kilka rzeczy otworzyły mi się oczy. Czuję się mądrzejszy. Wnioski może, które zostały wyciągnięte, nie są niebywale ambitne, lecz takie normalne. Napisałbym wręcz ludzkie, ale jakoś mi to nie pasuje.
    Wiem co chcę robić. Wiem również co zrobić.
    Pójdź tam ze mną.

    Nie powinienem czytać tych słów teraz. Tak jak zamykać oczu i odcinać się od rzeczywistości oddając mojej wyobraźni stery. Spokojnie patrzeć jak po jakimś czasie przychodzą wspomnienia i teraz je mam w głowie. To mnie trzyma, mocno. Jestem w tym sam.
    Nie śpię. Miotam się na łóżku próbując stracić poczucie czasu i z ulgą rano zobaczyć ile godzin mnie ominęło. Choć przecież to te z dnia, gdy świeci słońce, mogą mi mijać bezpowrotnie. Nocą nikogo nie ma, jest cisza, względny spokój. Tylko myśli nie są przez nic blokowane.
    Dobrze wiem, że najlepsze dla mnie byłoby zaprzestanie i momentalne zajęcie mózgu inną aktywnością. Ale tak się nie dzieje – czytam więcej i więcej. Sam wbijam sobie igły słów w plecy. Bolą niedotrzymane obietnice, rzucone poważne słowa na wiatr i nadzieje, które nigdy nie stały się rzeczywistością.
    Nie umiem od tak machnąć na to ręką. I już nie wie czy to zaleta czy wada. Wiem, że sam napędzam tą spiralę, gdy już przesypuję się przez palce. Ale nie umiem przestać.

    Retro.

    Brak komentarzy

    Ciemna noc. Nie ciepła. A ja kolejny raz łapie się na tym, że patrzę w tą czerń mając w słuchawkach „Silence” od Delerium.  Nie chcę próbować nawet nazwać tego stanu; niech wystarczy, że on taki mój. Spokój, choć wcale nie ma rzeczonej ciszy.
    Słucham klasyków i zastanawiam się, gdzie mogłem być, gdy wyszły. Kurwa tyle opcji, tyle możliwości. Tyle lat a one ciągle noszą. Bo przecież mogłem obserwować jak scena raczkuje, pierwsze nielegalne imprezy czy kluby. To wszystko działo się obok mnie, a ja zbyt mało ogarnięty byłem by to wszystko śledzić, być w tym. Żałuję cholernie, jak mało czego.
    „Meet Her At The Love Parade” Da Hoola a ja najchętniej wyszedłbym na ulicę przed blokiem i odjebał dzikie pląsy jak na Paradzie. I uśmiechałbym się do mojego drzewa.
    Brak moich 5500 mi doskwiera. Dawno nie zanurzyłem się w dźwięku cały.
    Kurwa… „Back To Earth” Yves Deruyter – kto dziś by sobie pozwolił na samo „klikanie” w breaku? I ten minimalizm, z którym cały minimal nie był w stanie się równać.
    Mówi się, że szarga się miłością na prawo i lewo. Ale ja kocham odkrywać muzykę na nowo – jak inaczej to brzmi na 555, które mam na uszach a jak inaczej jak je w powietrze noszą 5500.

    Nie będę pisać już, całkowicie zgubiłem temat przez tą kompilację: Retro Arena Mastermix vol. 2 (mixed by Yves Deruyter).
    Ciemno, chłodno, ale nie zimno, w miarę wygodne miejsce do leżenia, zmrużone a czasem przymknięte tylko oczy i to. Dawno tak nie słuchałem.

    Frisco.

    3 komentarzy

    Tyle nowych dni przede mną i ja mam tyle myśli. Determinacja pod gwizdek, więc jej starczy. Chcę wreszcie skończyć rzeczy, które pozaczynałem kiedyś tam i sobie leżą, czekając na lepsze dni. Wydaje mi się, że właśnie nadeszły. Fakt, nie wiem czego spodziewać się po nowym kierunku, ale nie liczę, że będzie jakiś szczególny zapierdol, zwłaszcza, że debiutuje on na mojej uczelni.
    Tak wiele muzyki jest, która jeszcze nie doświadczyła przyjemności grania na moich 5500. Tysiące singli, setki kompilacji i mixów, dziesiątki albumów… Dobrze chociaż, że coraz więcej filmów oglądam, bo tych też ogrom do zobaczenia mnie czeka. Tak jak kartki z notatkami dotyczącymi tych już obejrzanych, które w niedalekiej przyszłości mają się przekształcić w recenzje, które sobie umieszczę na moim filmowym blogu. Btw, kiedyś myślałem o pisaniu o muzyce, ale nie umiem jej tak oceniać jak filmów, chyba zbyt bliska jest dla mnie.
    Czas ponownie realizować się, bo jak nie to kiedy?

    P.S.
    Najpierw myślałem, że znalazłem oto mentora, mistrza, od które będę uczył się składania słów w zdania, z których wyszywać będę magiczne historie. Lecz im bardziej go poznawałem tym coraz mocniej dziwiłem się moim początkowym zachwytom nad jego historiami. Im dalej, tym częściej wychodziła z niego dziwna, grafomańska pycha. Odczuwałem jego coraz większy przymus pchania się ze swoimi słowami w świat; dążenie do oryginalności, które zgubne stało się dla jego zdań.
    Tak więc mentora szukam dalej.

    Niebo jest jasnoniebieskie, pastelowe. Przechadzają się po nim białe chmury, niczym kłęby waty cukrowej. Moje drzewo, całe skąpane w akompaniamencie innych drzew, świeci zielenią tak intensywną, że aż nabieram ochoty na choćby jeden, soczysty liść. Lecz zauroczony tą chwilą wiem, że nie ruszę się by sprawdzić jak smakuje. Drobnoziarnisty filtr z firanki dodaje tylko oryginalności temu obrazkowi. Nie wspominając o doniczce pełnej kaktusów, które dumnie pną się teraz ku słońcu wyżej i wyżej. Obraz podkreślają wysokie tony padów, które wygrywają tęskną melodię. Po chwili ich przekaz rozwesela szybki beat. I już nie umiem się nie uśmiechnąć.

    Mógłbym być gdzieś, pić lodowate piwo wystawiając swoją skórę na tortury słońca. Mógłbym nie przejmować się niczym, być dla tej chwili, gdy czuje się, że słońce swoimi długimi językami już nie tylko liże skórę ale jest już głębiej – mięśnie i organy czują wzrastającą temperaturę i cholernie im się to nie podoba. Mózg odbiera te wszystkie sygnały i krzyczy „Palisz się!”. A pierdolisz głupoty. Ale przewracam się na brzuch by się zamknął. I tak co jakiś czas tylko przewracałbym się, by dać jednej stronie ostygnąć na tyle by ta, mogła zmienić tą właśnie lizaną przez słońce.

    Fakt, nie wyobrażam sobie tego bez muzyki, o co to to nie. Nie cierpię bezproduktywnie leżeć i udawać, że opalanie jest pasjonującym zajęciem. Jest kurewsko nudne i zawsze prezentowałem co o nim myślę idąc szybko do wody. Tam mogę być godzinami. A mimo to nie ma mnie na plaży. Własne gotowanie oraz zarządzanie pieniędzmi skończyło się na tym, że przytyłem za dużo – dieta składająca się z piwa, wysokoprocentowego alkoholu (choć zawsze porządnego, na zdrowiu nie można oszczędzać) oraz moich kulinarnych zachcianek skutkuje przyspieszeniem na wadze cholernie szybkim. Fakt, że wskazówka nie przyspiesza od zera do setki jak Kawasaki Ninja biorę za dobry omen, ale mimo to zdecydowanie za daleko wędruje jak na taki przebieg jak mój. I za szybko.

    Nigdy się sobie nie podobałem. Są tylko momenty – jestem ogolony, krótko ścięty, tak by z łatwością można było włosy postawić kilkoma ruchami ręki z woskiem, zakładam jakąś koszulkę, którą lubię i mogę iść. Jeszcze tylko trochę zapachu, najczęściej ze stajni Bossa albo Armaniego i już. Niby są takimi wisienkami na torcie a dodają tej pewności, że wyglądam dobrze.
    Tym bardziej zdziwiłem się gdy będą w nowo otwartym sklepie, żeby było śmieszniej z ciuchami dla kobiet, które cholernie mi się nie podobają i nie chciałbym by moja kobieta je nosiła, bo nie mógłbym powstrzymać swoich ust przed komentowaniem beznadziejności jej ubioru, stało się coś dziwnego. Stałem przy jakimś regale, gdzie były koszulki. Przez swoje zboczenie przyglądałem się z rosnącym niesmakiem beznadziejnym nadrukom, z jednoczesną świadomością, że gdzieś tam są laski, które uważają te koszulki za fajne. Stałem tak tyłem do przejścia między rzędami podobnych regałów różniących się tylko fasonem beznadziejności. Słyszałem, że ktoś idzie, odwróciłem się i widzę, że w moją stronę zmierza monstrualny hipopotam. Przybliżyłem się w odruchu ostatniej nadziei do regału a on przeszedł koło mnie. Za nią, niemal krok tylko, szła jakaś dziewczyna. Po nieodstępowaniu na krok giganta przed sobą wywnioskowałem, że córka. A za nią, niespiesznie szła jeszcze jedna dziewczyna.
    Ciemne jeansy, biała koszulka, taka za duża, na tym czarna kamizelka, sportowa. Chyba miała szpilki, niekoniecznie wysokie – takie w sam raz, czarne. Zbliżyła się do mnie powoli i mimo, że nadal trwałem dobrowolnie wgnieciony w regał, przeszła tak blisko mnie, że mocno otarła się swoim ciałem o moje plecy. Czułem, że nie ma stanika a jej piersi delikatnie spłaszczają się w kontakcie z moimi łopatkami i wtedy pozostał sam dotyk twardych sutków. Jej usta były tak blisko mojego karku, że mimo temperatury jak z Miami, poczułem jakby ktoś dmuchnął mi żarem. I ta słodka woń wanilii, która wypłynęła z żarem z jej warg. Jej biodra przesunęły się niespiesznie ocierając się najpierw o moje a potem mój tyłek. Bałem się oddychać by nie popsuć tej wyrwanej z dnia chwili. Gdy drugi sutek już przestał dotykać moich pleców, pozostawił tą diabelnie przyjemną linię. Do tego jej lewe kolano delikatnie przejechało wzdłuż mojego prawego uda, po wewnętrznej stronie…
    To wszystko nie trwało dłużej niż trzy sekundy, a ja stałem po tym dobrą chwilę próbując zresetować mózg by pozwolił mi się ruszyć. Gdy już pozwolił mi się ruszyć odwróciłem głowę i rozejrzałem się po sklepie – nigdzie jej nie widziałem. Pewnie poszła we wnękę, która znajdowała się dokładnie w kierunku w którym zmierzała.

    Nie poszedłem sprawdzić czy tam jest.

    Last night.

    Brak komentarzy

    Mogę napisać tu cokolwiek i tak nic to nie zmieni, prawda?
    Zawieszony między nocą a dniem przemierzam kilometry po kablach by do Ciebie dotrzeć. Raz sobie coś z tego zrobisz, w większości przypadków będzie to niepotrzebny bieg. Sam dziwię się mojej wytrwałości w tym. Lecz podobno jestem silny, więc podciągnę to pod to.

    Sprawdzam się w nowej roli. I nawet nie dlatego, że chcę, ale bo muszę. Wychodzi mi to znacznie lepiej niż Tobie, lecz to tylko pozory. Dużo trzymam w sobie, wiedząc, że nie masz lekko.
    Dobrze, że jestem tu, w moim pokoju. A raczej, że mogę do niego w każdej chwili wrócić. Ocean Szarości dookoła mnie, nie lękam się niczego. Tylko ten pierdolony, żółty blok, który wyrósł przed moim mnie wkurwia. Nie pasuje do reszty tak bardzo.

    Z trudem wskażę co nam wychodzi. Nie dlatego, bo nie chcę, tylko bo jest to ciężkie. Ciężkie samo w sobie, ciężkie jest też szukanie a potem mierzenie się z tym co jest a tym co miało być.
    Tak wiele razy padły tu słowa, obietnice, rzeczy na które tak bardzo liczyłem – nie spełniło się z tego nic. Mimo to nadal w tym tkwię, utopijnie wierząc, że po deszczu przychodzi słońce.

    Bawi mnie własna nieudolność w odczytywaniu znaków, które wysyłasz. Niby tak dobrze znam a mimo to często nie widzę czegoś tak oczywistego… taa, chyba dla Ciebie. Nie da się niczego przewidzieć, oprócz tej jednej, fundamentalnej rzeczy…

    Już się nie obawiam, teraz jestem przerażony, że nic się nie stanie. Nie będzie trzęsienia ziemi, nie nadejdzie tsunami zmian, nie damy porwać się znów wichrom. Wszystko pozostanie niewzruszone tak jak świat, gdy przykrywa go śnieg. Później on stopnieje i nikt nie pozna, że kiedyś tam był.

    Nie umiem powstrzymać mimo to myśli tych dobrych, gdzie słońce wysusza łzę a dobro dookoła. Bo przecież dla takich chwil warto żyć. Dla miliona innych. I choć idą one w setkach, to nie ma się co oszukiwać – tak łatwo zwiększyć ich liczbę.

    Czasem siadam i patrzę w okno. Drzewo, które już tyle lat rośnie przed moim blokiem… Taki spokój w nim. Czy pada czy wieje ono niewzruszone stoi. Przypomina mi Ciebie. Co ma być to będzie a ja nie zrobię z tym nic. Bo niby jak? Przecież jestem drzewem.

    A jeśli można by było cofnąć czas to do którego momentu byś go cofnęła? Dużo zmieniłabyś gdybyś mogła zmienić totalnie wszystko? Czy nadal znalazłoby się dla mnie miejsce gdzieś w Twoim życiu czy może by go zabrakło?

    Nie widzisz nawet gdy czymś zabolisz. Choć może nigdy nie widziałaś…
    Myśl ta boli nawet bardziej.

    Pudełko.

    Brak komentarzy

    Cześć nieznajoma – tragedia to oglądać, ale trochę podobnie. Dziwnie jednocześnie.
    Czuję się jak podwójny agent. Zbieram informacje, ale przekazuje do agencji tylko te, które uznam za wspólne. Tak, to dziwne, zwłaszcza jeśli przyjąć, że to ja je analizuje. Lecz innego wyjścia nie ma.

    Jestem nudny, dziwny, infantylny – jak mnie nie lubić, prawda?

    Ktoś mnie wczoraj mocno kopnął w dupę. Zabolało, bo nie spodziewałem się, że ktoś tak bliki może okazać się tak dobrze ukrywającym swoje zdanie czy uczucia. Dzień dorby, witaj w prawdziwym świecie Rof.
    Nie wiem co z tym zrobić, bo niespodziewanie to na mnie spadło. W żaden sposób przygotowany na to nie byłem. Czuję się jakbyś wręcz to wiedziała i pierdolneła to na mnie ot tak, bo wiesz, że wtedy zakuje mocniej. Tak też się stało. Mam nadzieję, że jesteś z siebie zadowolona.

    Kilkadziesiąt szalonych godzin, może wypitej Warki, ten zapach w powietrzu, deszcz nad głową i cisza w namiocie przerwana jakimś napierdalającym monotonnie w bębny kretynem.
    Środek rockowego koncertu a ja trafiam na imprezę gdzie grają muzykę w stylu Sinatry. Przypadek? Nie sądzę. Wzmogło to jeszcze moje zadowolenie z tamtego dnia.

    Nie mam pojęcia jak to się stało, że akurat tamto pudełko spadło z tyłu mojej głowy. Nie wiem również dlaczego tak mocno uderzyło mnie w głowę. Wiem tylko, że nie spodziewałem się go i było to dla mnie nie lada zaskoczeniem dostać właśnie od niego w łeb.
    Trzeba było pozbierać wysypane z niego rzeczy. Musiałem przysiąść przy nich na chwilę. Tyle tego tam było. Godziny zlały mi się w minuty, gdy przeglądałem to wszystko. Wspomnienia zlały się z teraźniejszością, przeszłość z przyszłością. Nic nie brałem, a mimo to czułem się jakbym w tym szaleństwie nie był sam.

    Nie potrafię określić gdzie będę jutro a Ty mnie pytasz co będzie za pół roku. Kurwa czy to naprawdę aż takie ważne? Czy nie ma już odrobiny miejsca na spontaniczność? Właśnie. Więc więcej wiary, a pociągi będą zasuwać po torach jak tgv, godziny staną się dniami a Subaru Impreza z 2001 roku będzie najpiękniejszym samochodem świata. A nie, to ostanie już jest. Ale wiesz ocb.